Earth, Wind & Fire istnieją na scenie muzycznej od 1969 roku. Przez cały ten czas wierni są swoim ideałom i nie oglądają się na trendy. „Now, Then and Forever” jest ich trzydziestą płytą w dorobku, a słuchając jej ma się wrażenie, jakby był to jeden z ich  pierwszych albumów.

Earth-Wind-And-Fire-Now-Then-and-Forever cover

Na „Now, Then and Forever” składa się dziewięć utworów, które są dość zróżnicowane. Nie mamy tutaj jedynie funky, znajdziemy również elementy soulu, jazzu czy r&b. Album otwiera utwór „Sign On”, który już od samego początku nadaje etykietkę wydawnictwu. Charakterystyczne instrumenty dęte towarzyszą nam przez cały album. Ci, co słuchają Earth, Wind & Fire od lat wiedzą, że członkowie zespołu śpiewają wysoko. I na tej płycie nie mogło być inaczej. Muzyka funky charakteryzuje się tym, że jest tworzona do zabawy. Ale dlaczego nie połączyć funky z soulem? Dzięki temu otrzymamy bardzo nastrojowe ballady, jak np. „Love is Law”.

Panowie z takim stażem wiedzą jak promować album. Nie bez przyczyny na singiel wybrali utwór „My Promise”, który na albumie znajduje się pod numerem 3. Kawałek jest dokładnym odzwierciedleniem twórczości zespołu, który album „Now, Then and Forever” wydał po ośmiu latach ciszy. Dlatego wydaję mi się, że „My Promise” był znakomitym sposobem na przypomnienie o sobie.

Utwór, przy którym chciałbym się na chwilę zatrzymać nosi tytuł „Got To Be Love”. Kompozycja, która rozpoczyna się dość nietypowo, bo pianem, przypomina mi trochę dokonania chłopaków z Boyz II Men. Bardzo subtelna ballada, której napięcie narasta z minuty na minutę, ale nie dzięki wokalom, a instrumentarium. W połowie utworu usłyszymy riffy gitarowe, które tworzą z dęciakami swoisty duet. Według mnie jest to najlepszy utwór na płycie. Warto wrócić do niego kilkukrotnie, nawet jeśli za pierwszym razem uznasz, że czegoś w nim brakuje.

Elementy jazzu, o których pisałem w drugim akapicie, znaleźć można, m.in. w utworze „Belo Horizonte” oraz „Splashes”. Ta pierwsza z wymienionych jest jedyną kompozycją na płycie, która jest całkowicie instrumentalna. Instrumentem prowadzącym jest gitara elektroakustyczna. Jeśli chodzi o utwór drugi, nie mamy tutaj słów, a jedynie wokalizy, które rewelacyjnie współgrają z trąbką.

Zakończenie płyty jest już w starym, dobrym stylu zespołu. Dużo dęciaków, dużo falsetów oraz nisko osadzony bas.

Płyta jest rewelacyjnym powrotem Earth, Wind & Fire. Z niecierpliwością czekam na trasę koncertową, z nadzieją, że na liście znajdzie się Polska albo chociaż jakieś państwo w pobliżu granic naszego kraju.