Kroke to ceniony na całym świecie zespół wykonujący szeroko rozumianą world music, bardziej znany jednak poza granicami naszego kraju. Jeden z członków trio Tomasz Kukurba znalazł chwilę, aby odpowiedzieć na pytania naszego redakcyjnego kolegi Michała Olechowskiego. Artysta opowie m.in. o inspiracjach muzyką klezmerską oraz o niezwykłym spotkaniu ze Stevenem Spielbergem. Zapraszamy do lektury.

Skąd fascynacja klezmerskimi brzmieniami?

Muzykę, która przez ludzi postrzegana była, jako klezmerska postanowiliśmy grać dla odskoczni. Lata ‘90 to czas tzw. ‘boom’ na nowe rzeczy w Polsce, także na kulturę żydowską, która się odradzała… Równolegle z tym procesem zaczynała się rewitalizacja krakowskiego Kazimierza. Zaczęliśmy grać w 1992r. w „Arielu” – pierwszej galerii na Kazimierzu. Okazało się, że w jakiś sposób pasujemy do tej dzielnicy.

Zespół Kroke w zamierzeniu miał grać muzykę stricte „klezmerską”?

Nie.. Nie było żadnej wytyczonej programowości, od początku istnienia ideą zespołu było ciągłe szukanie czegoś nowego, także w nas samych….

Czym jest muzyka klezmerska?

Tak naprawdę „muzyki klezmerskiej” nigdy nie było… byli Klezmerzy! Przed wojną nazywano tak muzyków, którzy potrafili zagrać wszystko bez względu na to gdzie: na weselu, w knajpie, na ulicy, czy w filharmonii. Nie tylko Żydzi byli Klezmerami, zapożyczali brzmienia z różnych rejonów świata. Klezmerzy przede wszystkim improwizowali. Improwizacja w muzyce Kroke pojawia się od początku i jest do dziś najważniejszym elementem. To właśnie było prawdziwą odskocznią, która pozwoliła nam się zdystansować do całej naszej „klasycznej” edukacji. Tej improwizacji w szkole nie uczono, nad czym zresztą ubolewam. W pewnym momencie zadaliśmy sobie pytanie: „W którą stronę pójść…?” Wybraliśmy wolność i nieskrępowaną możliwość improwizacji. Przy czym rzeczywiście zaczęliśmy sięgać po stare melodie m.in. żydowskie, bałkańskie- w wykonaniu wspomnianych przeze mnie Klezmerów. Kroke poniekąd kontynuuje tą ideę- inspirujemy się wieloma gatunkami muzycznymi, spotykamy się z ludźmi, gramy na festiwalach- to jest dla nas prawdziwy sukces.

Waszą karierę można przyrównać do „amerykańskiego snu”… zaczynaliście w małej knajpie na Kazimierzu, teraz gracie na całym świecie. Dostrzegł Was też sam Steven Spielberg- spotkanie z nim było momentem przełomowym w Waszej karierze?

Nie do końca… Z jednej strony jest to swego rodzaju „hollywoodzki scenariusz”. Przed występami na Kazimierzu graliśmy na rogu ulic Siennej i Floriańskiej w Krakowie, to było jeszcze podczas studiów. Wtedy było dużo obaw. Wielu wydawało się, że studentom Akademii Muzycznej nie wypada wręcz grać na ulicy! W moim przypadku była to kwestia przekory. Muzyka powinna być żywa i grana w wielu miejscach, dlatego zaczęliśmy właśnie na ulicy. Tam zauważyła nas p. Zofia Łuczyńska i dzięki niej, tak naprawdę istniejemy. Ona ściągnęła nas do pierwszej galerii na Kazimierzu „Ariel”. W tamtym czasie byliśmy już doświadczonymi muzykami, z wieloma propozycjami. To wszystko było i jest niezbadaną przygodą. Niektórzy rzeczywiście uważają, że to „amerykański sen”. Był taki moment, że dostrzegł nas Steven Spielberg, w czasie gdy kręcił na Kazimierzu „Listę Schindlera”. Jego żona przez pewien okres czasu przylatywała co sobotę prosto z Paryża, m.in. po to, by nas posłuchać. Zależało Jej też, aby Spielberg poznał naszą muzykę. Z tym wiąże się autentyczna anegdota: Na każdym koncercie – na prośbę Kate- zostawialiśmy wolne miejsce dla Stevena Spielberga, w końcu pewnego dnia ktoś je zajął. W przerwie koncertu, jakiś pan podszedł do Jurka i zaczął mówić w języku angielskim. Jego wypowiedzi miały „ogromną myślową przestrzeń, trochę abstrakcyjną”. Jurek przeprosił Go jednak, ponieważ chciał zdążyć zapalić papierosa. Zaaferowani od razu zapytaliśmy kolegę, jak przebiegła rozmowa ze Spielbergiem i wówczas Jurek dowiedział się, z kim przed chwilą rozmawiał. Na szczęście po koncercie dokończyli przerwaną wymianę myśli. Wówczas Steven zaprosił nas na koncert do Jerozolimy – to był bardzo ważny moment w naszym życiu choć niekoniecznie w muzycznej karierze. Koncert był zorganizowany dla ocalałych z „Listy Schindlera”. Uczestniczyliśmy w tym niezwykle wzruszającym „spotkaniu po latach”. Od tego niesamowitego momentu wszystko stało się głębsze…Wtedy tak naprawdę zespół się narodził. Dostaliśmy od tych ludzi (niektórzy z nich byli Klezmerami) pewnego rodzaju “muzyczne błogosławieństwo”. Innym ważnym momentem w naszej twórczości było poznanie Petera Gabriela, mojego idola. Dowiedział się o nas od Stevena Spielberga, który całkowicie przypadkiem spotkał Petera podczas podróży i wręczył mu naszą kasetę. Gabriel zaprosił nas na Womad w Anglii, a poźniej do swojego studia. To był bardzo ważny moment w naszej twórczości….

Pierwszym skojarzeniem z zespołem Kroke jest nadal muzyka klezmerska. Ta „łatka” pomaga czy nazbyt szufladkuje?

Czasami może przeszkadzać…. Podkreślamy, że nigdy nie wkładaliśmy się w żadne ramki. Zaczynaliśmy od bałkańskich brzmień, później pojawiły się inne elementy, ornamentyka muzyki żydowskiej, ale całość była przez nas przefiltrowana. Na świecie jest wiele znakomitych zespołów, które grają stricte muzykę żydowską. i nigdy nie chcieliśmy z nimi konkurować, nie mamy aż tyle wiedzy na temat muzyki żydowskiej. Wykorzystujemy jedynie pewne elementy… Ale ludzie wolą wiedzieć z jaką muzyką mają do czynienia… Różnie to bywa, w Niemczech zawsze występuje swego rodzaju szufladkowanie, ale w Hiszpanii ludzie przychodzą po prostu na zespół Kroke. W Polsce na szczęście sytuacja też się zmienia… Chcielibyśmy, aby nasza muzyka była tytułowana po prostu MUZYKĄ KROKE.

Gdzie Wasza muzyka wzbudza największy entuzjazm?

Pierwsza myśl to Hiszpania… Dotarliśmy tam „poprzez” Szwecję (śmiech) gdzie ukazał się o nas 6-cio stronicowy artykuł. Mieliśmy to szczęście, że znaleźliśmy się na jednej z edycji targów Womex – World Music Expo organizowanych akurat w Szwecji, poproszono nas o 30-minutwy recital. Na ostatnie półtorej minuty koncertu weszła (jak się okazało) nasza przyszła agentka Juana Burillo. Ta chwila wystarczyła… Juana postanowiła zaprosić nas do Hiszpanii co zaowocowało 10-cio letnią bardzo intensywną współpracą. Bezinteresownie, z czystej sympatii pomógł nam również znakomity dziennikarz Ramon Trecet, zaprosił nas do swojego radiowego programu. Wystarczyło, żeby zapowiedział w radio nasz koncert, a sale były pełne.

W jakich miejscach najbardziej lubicie grać?

Uwielbiamy grać na wielkich salach. Zupełnie inny klimat jest w małych klubach i też nam to bardzo odpowiada. Koncerty plenerowe dają ogromną energię i siłę od licznej publiczności. Na jednej z edycji Womad graliśmy w Anglii w namiocie dla 6 tys. osób, a na Wyspach Kanaryjskich na plaży dla 10 tys.! Jednak najbardziej lubimy grać w miejscach kultu: kościołach, synagogach – koncert staje się wtedy prawdziwą modlitwą. Ważne jest aby doświadczyć wymiany energii z publicznością. Często jesteśmy kluczem do otwarcia się słuchacza na jego własne wnętrze, na samego siebie…

Zespół Kroke współpracuje z wieloma artystami, jak dochodzi do współpracy? Kto, kogo zaprasza do projektu?

Wszystkie propozycje były od tej drugiej strony i to bardzo nas cieszy, bo świadczy o tym, że muzycy nas doceniają. Tak było z Nigelem Kennedym (umawialiśmy się z nim przez parę lat), Edytą Geppert, Mają Sikorowską, Tindrą, Urną Chahar Tugchi i Anną Marią Jopek, z którą czasem koncertujemy a nawet planujemy wspólną płytę ( utwóry z Anią znalazły się już na naszym ostatnim albumie „Feelharmony”, który nagraliśmy z orkiestrą Sinfonietta Cracovia). Wspólne projekty są zawsze czymś wyjątkowym, mieszają się wtedy nasze światy muzyczne. Nie zawsze planowana współpraca dochodzi do skutku, trwały pertraktacje z Kayah, ale niestety później plany się rozmyły, podobnie było z Hanią Banaszak.

Inspiracje czerpiecie z różnych regionów świata i tradycji… gdzie zabierzecie swoich słuchaczy w następną ‘muzyczną podróż’?

Chcielibyśmy w tym roku zrealizować nasz kolejny solowy album i muszę powiedzieć, że to będzie, jak zwykle duża niewiadoma, także dla nas samych. Każdy z członków zespołu ma wiele pomysłów, jaki będzie efekt? To wyjdzie w trakcie nagrań. Tak, jak wcześniej wspominałem przymierzamy się do wspólnego projektu z Anną Marią Jopek. Ciekawym, ale i trudnym wyzwaniem, jeśli wszystko dobrze pójdzie będzie nagranie ścieżki muzycznej do filmu dokumentalnego o żydowskim kabaretach w obozach koncentracyjnych.

Bardzo dziękuję za rozmowę, życzymy samych sukcesów!