Włodek Pawlik, kompozytor i wykonawca kilkunastu autorskich płyt z muzyką jazzową, autor muzyki filmowej i teatralnej. Od lat 90. lider Włodek Pawlik Trio – zespołu, w którym gościł wiele znakomitości polskiego i światowego jazzu, grali w nim, m.in.: Randy Brecker, Billy Hart, Richie Cole. Współpracuje z amerykańskim zespołem – Western Jazz Quartet. W jego dorobku artystycznym znajduje się ponad 20 albumów, szereg dzieł muzyki filmowej oraz kompozycji współczesnych. Poniżej nasza rozmowa z p. Pawlikiem, miłej lektury!

Jak to się stało że doszło do nagrania „Night in Calisia”. Oprócz tego, że pewnie lubi Pan okrągłe daty związane z lokacją miast (śmiech).

Po prostu otrzymałem zamówienie na skomponowanie muzyki w konwencji jazzowo- orkiestrowej, której wykonanie miało uświetnić obchody 1850 lecia Kalisza.Koncert z tym dziełem odbył się w czerwcu 2010 roku z udziałem Randy’ego Breckera, mojego Tria – Paweł Pańta – bass, Czarek Konrad – drums, plus ja na fortepianie – i Filharmonii Kaliskiej pod dyr. Adama Klocka. To właśnie szef kaliskiej orkiestry Adam Klocek namówił mnie do skomponowania „Night in Calisia”, przekonując władze miasta do wsparcia tego przedsięwziecia.

Jak powstawały utwory na płytę? Czy szuka Pan zawzięcie inspiracji, czy raczej swoje robi doświadczenie i samo to już wszystko wychodzi?

Sam proces powstawania muzyki jest sumą wielu elementów. Chyba najważniejszy jest pomysł, który potem ulega różnorakim przekształceniom. W przypadku „Night in Calisia”wiedziałem, że komponuję pod kątem niepowtarzalnych instrumentalnych umiejętności Randy’ego z wykorzystaniem brzmienia orkiestry w stylistyce jazzowej. To bardzo dużo konkretnych informacji, które determinowały moją dalszą pracę przy powstawaniu tej muzyki. Komponowanie na duże składy instrumentalne jest generalnie żmudną i czasochłonną dyscypliną, wymagającą przy tym wiedzy dotyczącej specyfiki poszczególnych instrumentów. Jednak pokusa wtopienia się w bogactwo i różnorodność brzmień orkiestry, jest w moim przypadku tak duża, że gdy tylko mam taką możliwość, zatracam się w niej po uszy..

Do nagrania zaprosił Pan Randy Breckera, z którym współpracuje od 1995 roku, pewnie rozumiecie się już bez słów. Jak zareagował na propozycje nagrania „Night in Calisia”?

Bez słów !!(ha ha)… Mówiąc poważnie, bardzo się ucieszył, że znowu coś dla niego napiszę jako dla jazzowego solisty. Poprzednia nasza wspólna płyta”Jazz Suite Tykocin” z moją muzyką, Randym i również orkiestrą symfoniczną, była na tyle udanym przedsięwzięciem, że pojawiła się na rynku amerykańskim pod zmienionym tytułem „Nostalgic Journey” zyskując entuzjastyczne recenzje za Oceanem, a także była uznana za wydarzenie jazzowe w wielu amerykańskich rankingach. Mamy obaj nadzieję, że tak samo będzie z „Night in Calisia”, która powinna się ukazać w USA na wiosnę tego roku.

Zawsze to trudne pytanie dla kompozytora, ale jakby Pan przy pomocy słów opisał muzykę znajdującą się na „Night in Calisia”?

Rzeczywiście, słowa nie sa w stanie oddać wieloznacznej abstrakcji muzycznej. Debussy powiedział „Muzyka zaczyna się tam, gdzie kończą się słowa…”. I coś w tym jest… Jednak, gdybym chciał określić muzykę z „Night in Calisia”, to może najbliższe mi jest wrażenie, że generalnie pisałem ją w taki sposób, aby sprawić sobie przyjemność jej słuchania, licząc ,że nie będę w tym odczuciu osamotnionym. Dlatego cieszę się, że płyta została uznana w rankingu „Rzeczpospolitej” za najlepszą polską płytę jazzową 2012. Wielu polskich recenzentów muzycznych a także jazzfanów podkreśla jej bogactwo brzmieniowe i doskonałą realizację dźwiękową… To miłe …

Pan funkcjonuje na pograniczu muzyki jazzowej i klasycznej. W jakim stopniu jazzmani potrzebują klasyki, a klasycy jazzu?

To zbyt ogólnikowe pytanie…Nie ma tutaj prostych odpowiedzi… Nie ma definicji doskonałego muzyka, takiego artystycznego wzorca z Sevres. To czy jazzmani potrzebują klasyki i vice versa, to są raczej akademickie spekulacje. Tak jak muzyka klasyczna ma swoich wybitnych przedstawicieli, którzy są dla jej adeptów istotnym punktem odniesienia, tak samo jest z muzyką jazzową.Niewątpliwie skala zainteresowań muzycznych powinna mieć istotne znaczenie dla twórczości artysty, wszakże pod jednym warunkiem, że posiada on wystarczający potencjał zdolności muzycznych, które mogą tą wrzechstronną wiedzę przeobrazić w swój własny świat dźwieków… Muzyka, póki co, jest ciagle bardzo indywidualnym dialogiem twórcy ze światem… myślę tu oczywiście o muzyce prze duże M, a nie o tandetnych popowych popłuczynach…

Ostatnio odnosi Pan spore sukcesy jako twórca muzyki filmowej. Jak się Pan czuje w takiej roli?

Świetnie… komponowanie muzyki filmowej wymaga wszechstronności i swobodnego poruszania się w różnych gatunkach, od stylizacji np. muzyki renesansu do muzyki współczesnej, operującej w przestrzeni muzki atonalnej. To zazwyczaj bardzo ciekawe doświadczenia. Zdarzyło mi się komponować do filmów np. pieśni o ewidentnym, klasycznym idiomie jak również zwykłe piosenki…

Czy tak utytułowany i rozchwytywany muzyk ma jeszcze jakieś cele, które spędzają sen z powiek?

Sen z powiek spędza mi nie tyle brak motywacji i celów w mojej twórczości, co raczej ogólna mizeria propozycji muzycznych ostatnich lat i to nie tylko w Polsce. Co smutne, wielu młodych, zdolnych muzyków wchodzi z premedytacją w świat tandetnej rozrywki, rekompensując muzyczny bełkot jakimiś wizerunkowymi substytutami i kultem kasy. Ten plastik i sztuczność wyzierające z większości muzycznych produkcji mnie przeraża i… spędza sen z powiek.