Każdy wie, że koncerty mają niepowtarzalną moc, ponieważ rządzą się swoimi prawami, tylko podczas koncertu na żywo artysta ma możliwość ukazania swojego prawdziwego „ja” oraz przekazania emocji w oparciu o interpretację konkretnych, starannie dobranych utworów. W tej uniwersalnej prawdzie utwierdza nas najnowsza koncertowa płyta Amy Winehouse „Live At The BBC”. Mimo, że artystka w wywiadach otwarcie przyznawała się do tego, że koncerty ją stresują, wprawne ucho melomana nie wychwyci tego słuchając krążka.

Weźmy na przykład utwór „Rehab”, który studyjne brzmi rewelacyjnie, a koncertowo wypada wręcz jeszcze lepiej. Wersja zawarta w kolekcji „Live At The BBC”, jest uboższa w instrumenty. Usłyszeć możemy głównie gitarę oraz perkusję – za to głos Amy jest w mocnym stopniu podkreślony, co mnie osobiście odpowiada, ponieważ w tym utworze najważniejsza jest warstwa liryczna tekstu.

Nie inaczej z podkreśleniem wokalu Amy jest już w klasycznym „Love Is A Losing Game”. Tutaj instrumentów jest jeszcze więcej niż w oryginale, co jednak stwarza bardzo przyjemny, jeszcze bardziej jazzowy nastrój.

Cały album składa się z 14. utworów, które same w sobie od zawsze były rewelacyjne, jednak – tak jak już pisałem – koncert, czy występ w programie rządzi się zupełnie innymi prawami. Szczerze mówiąc, bardzo żałuję, że utworów na kolekcji poświęconej Amy „Live At The BBC” nie ma jeszcze więcej.

Powoli kończąc, chciałem zwrócić Waszą uwagę na jeszcze jeden utwór. Mianowicie na „Best Friends (Right?)”, który w wersji studyjnej znalazł się na pierwszym pośmiertnym albumie „Lioness: Hidden Treasures”. Obydwie wersję są rewelacyjne, z tym, że bardziej do mnie przemawia ta zagrana „na żywo”. Jest w niej wiele wokali Amy, których w oryginalnym nagraniu zabrakło. Słychać, że bawi się tu dźwiękami, co świadczy tylko o tym, że technicznie była rewelacyjna!. Tę informację kieruję do tych, którzy twierdzą, że Amy fajnie pisała, ale śpiewać nie potrafiła wcale

Podsumowując, jest to w zasadzie pierwsza płyta CD live Amy Winehouse. Wcześniej mogliśmy jedynie podziwiać ją i jej głos na szklanym ekranie. Mam nadzieje, że wytwórnia wpadnie na pomysł,aby wydać ich jeszcze kilka. Zdaję sobie sprawę, że będzie to w tej chwili produkt marketingowy, jednak co nam pozostaje? Amy już nigdy nie zobaczymy, ani na żywo nie usłyszmy.