Joss Stone, dziewczyna, której znakiem rozpoznawczym jest chrypka w głosie oraz bose stopy na koncertach, częstuje nas swoją nową płytą – „The Soul Sessions Vol. 2”, która wczoraj oficjalnie trafiła do sklepów w naszym kraju. Album jest zbiorem coverów, które artystka wraz ze swoimi producentami przearanżowali na soulowe hity!

Joss nie goni za sławą, nie zależy jej na rozgłosie dzięki czemu nie musi spoglądać co dzieje się we współczesnej muzyce, i po prostu robi swoje – za co jej dziękuję! Nowe wydawnictwo jest zupełnie inne od poprzedniej płyty „LP1”, jest przede wszystkim nasycone soulem, bluesem i znakomitym głosem, obok którego nie da się przejść obojętnie. Zresztą taki był zamysł, gdyż „The Soul Sessions Vol. 2” jest kontynuacją debiutu artystki, który miał premierę prawie 10. lat temu! Od tego czasu w jej karierze wiele się zmieniło, można to dokładnie zauważyć słuchając na zmianę „The Soul Sessions” i nowego dzieła. Czy wyszło jej to na lepsze? Według mnie zdecydowanie tak.

Słychać, że Stone jest pewniejsza siebie, potrafi nagrywać z pazurem. Dokładnie to słychać w moim ulubionym „(For God’s Sake) Give More Power To The People”, który w oryginale wykonywała grupa The Chi-Lites. Album nie składa się jednak jedynie z utworów „z przytupem”, mamy również ballady, których słucha się idealnie wieczorami przy lampce wina – przetestowane. Do takich kawałków bezkonkurencyjnie zalicza się „Pillow Talk” (w oryginale wykonywała go Sylvia).

O albumie 25-letniej wokalistki można by rozpisywać się milionami słów, tylko czy jest sens? Każdy kto zna twórczość Joss Stone wie, że nie podpisałaby się pod niczym coby nie byłoby w 100% jej, bądź też w jej klimacie.

Jak dla mnie, „The Soul Sessions Vol. 2” jest najlepszą płytą w dorobku Amerykanki, mam nadzieję, że kolejne będą na tym samym poziomie albo i jeszcze lepsze! Daje jej 6/6!