North Sea Jazz Festival jak na największy festiwal jazzowy na świecie ma jedną osobliwą cechę – można zupełnie bezpiecznie go przetrwać ani razu nie słysząc jazzu. Popatrzmy na niedzielę: (17.30 do 23.45) Buika, Janelle Monae, D’Angelo i do wyboru Maceo Parker albo Aloe Blocc.


Sprytnie to pomyślane. Soulowe i popowe gwiazdy dają szansę, żeby festiwal w w sensie finansowym w ogóle istniał. Jednocześnie ortodoksyjni fani jazzu nie będą zawiedzeni, na nich w nieco mniejszych scenach czeka też bogata oferta.

Na przykład: w Voldze, małej ciasnej i naprawdę dusznej salce przy samym dachu Ahoy znakomity koncert dał Craig Taborn. Pianista wszechstronny, utalentowany, doskonały kompozytor. Pretekstem do występu było wręczenie nagrody Paula Acketta, pomysłodawcy NSJF, o którym nikt nie śmie w Ahoy wyrażać się inaczej niż z estymą. Wyróżnienie to przyznawane jest „wybitnie zdolnym muzykom, którzy nie znani są jeszcze poza jazzowej publiczności”. Tak pewnie jest z Tabornem, choć w samym świecie jazzu to postać znana nie od dziś i szanowana wielce. W zeszłym roku wydał kapitalną solową płytę „Avenging Angel”.

Gra solowa to właśnie dziedzina, w której najlepiej odnajduje się Craig. Wystarczy dać mu trochę przestrzeni, zostawic samego i nieskrępowanego niczym, a zrazu dojrzymy jak wyjątkowa to muzyczna osobowość. Taborn doskonale wykorzystuje całą dostępną mu przestrzeń, niesłychanie dużo gra ciszą. Potrafi zawiesić jeden dźwięk w powietrzu na długie sekundy. Robi to naprawdę upiorne wrażenie.

Wcześniej w Hudsonie grał Ahmad Jamal. Występował w kwartecie (Reginald Veal bass, Herlin Riley drums, Manolo Badrena percussion). Co tu opowiadać? Ahmad to postać tak urzekająca i pełna wdzięku, że samo patrzenie na niego jest ogromną przyjemnością. A muzycznie – delikatny, mądry, elokwentny. Przeważały utwory z ostatniej rewelacyjnej „Blue Moon”. Była też „Poinciana”. Niesamowicie swingował na grzechotkach Badrena. Ahmad wstawał od fortepianu i albo patrzył na publiczność albo na kolegów z bandu, którzy grali tego dnia naprawdę znakomicie. Trudno powiedzieć jak to się dzieje, lekkie to i subtelne, a bierze jak diabli. Gdy na koniec nie milkł aplauz, Jamal z szerokim uśmiechem na ustach rozłożył ręce w geście „no cóż poradzę, już taki jestem”. 100 lat Ahmad!

Po dwóch tak wyśmienitych koncertach, ze spokojnym sumieniem oddałem się pokusie zobaczenia największych gwiazd drugiego dnia NSJ. Najpierw Esperanza Spalding, którą ostatnio w recenzji krytykowałem, i co nie wszystkim się podobało. Zdania nie zmieniłem: to niebywale utalentowana osoba, której granie i śpiew przychodzi tak bez trudu, jakby chodziło tu o oddychanie. Jednocześnie mam poczucie, że lepiej sprawdza się w jazzowym repertuarze, a nie tym z pogranicza muzyki soul i pop. Esperanza wystąpiła z ogromnym bandem, zagrała bodaj całe „Radio Music Society” (najlepiej wypadło „Endangered Species”) i wprawiła publiczność w doskonały nastrój. Słychać było nawet dokoła okrzyki, że to najlepszy koncert na całym NSJ.

Później czekałem już tylko na Vijaya Iyera. Oglądając wcześniej kawałek bardzo dobrego występu Dave Hollanda z Kevinem Eubanksem (git), Ericem Harlandem (dr) i znanym już nam Craigiem Tabornem. Wszyscy na równych prawach zarówno jeśli chodzi o przestrzeń i serwowane kompozycje. Błysnęli kapitalnym „Empty Chair”, soczystym, podskórnym pulsująco-pełzająco-groovowym bluesem.

Vijay Iyer to prawdziwa celebracja groovu. Należy dodać, nie rozumianego stereotypowo. Często kanciastego, połamanego, opartego na repetycji pojedynczego dźwięku czy frazy. Trio wystąpiło naprawdę z ogromna siłą i napędem na 4 koła (Stephen Crump na basie, Marcus Gilmore na perkusji i dwie ręce Vijaya). Muzyka to twarda, z pazurem, charakterem. Nieustępliwa.