Niektórzy nie mogą nadal się otrząsnąć z faktu, że Amy Winehouse już z nami nie ma. Od wczoraj w sprzedaży jest jej pośmiertna płyta Lioness: Hidden Treasures. Na początku sceptycznie podchodziłem do tego pomysłu. Po przesłuchaniu kilku utworów, które ‚wpuszczone’ zostały w sieć zmieniałem zdanie, z każdym bardziej na tak. Dzisiaj jestem po przesłuchaniu wydawnictwa i powiem Wam, że łza mi się w oku zakręciła, że nic nowego od Amy nie usłyszmy.

Lioness: Hidden Treasures jest doskonale dobranym albumem pod względem spójności utworów. Miała być tak dobra jak Frank i Back to Black, powiem szczerze, że dla mnie jest nawet lepsza!

Za dobór kawałków odpowiedzialni byli producenci, którzy współpracowali z artystką, Salaam Remi oraz Mark Ronson. Chłopaki zaliczyli tekst na 6! Z informacji, które podawane były w sieci, wynikało, że tak naprawdę nie będzie to nowa płyta. Dla mnie jest świeża i całkowicie nowa. Utwory, które znamy z wcześniejszych płyt wokalistki, m.in. Tears Dry On Their Own, który w Lioness… ma zmieniony tytuł na Tears Dry stawia kawałek w zupełnie innym świetle. Całkowicie zmieniona jest warstwa muzyczna, dodatkowo zmieniona jest linia melodyczna – dla mnie na wielki plus. Innym tego typu przykładem jest Valerie, który znamy z wydania deluxe Back To Black. Tutaj zmieniona jest jedynie warstwa muzyczna, linia melodyczna jest bez zmian. Wersja z Lioness… przypomina mi trochę wykonanie Bruno Marsa, podczas jednej z gali rozdania nagród, chodzi o warstwę muzyczną. Niektóre utwory brzmią bardzo surowo co nadaje jeszcze większego klimatu dla głosu Amy. Cieszę się również z faktu, że w wydawnictwie zawarty został utwór nagrany wspólnie z Tony Bennettem – ‚Body And Soul’

Lioness: Hidden Treasures można powiedzieć wiele, jest świetną płytą – to na pewno, inni powiedzą, że wydana dla pieniędzy. Po części może tak, ale gdyby Amy żyła nadal by nagrywała. Szkoda mi tylko tego, że nadal dużo do powiedzenia ma ojciec artystki. Podsumowując, płyta obowiązkowa!