Już niebawem swoją premierę będzie miała płyta Mietka Szcześniaka „Sings”. Przed jej premierą rozmawialiśmy z wokalistą o jego życiu zawodowym, płycie, dawnych dziejach muzycznych. Zachęcam do zapoznania się z rozmową.

Jest Pan jednym z najbardziej rozpoznawalnych głosów męskich w naszym kraju. Mógłby Pan opowiedzieć jak do tego doszło, jak wyglądała Pana droga edukacji?
O tym raczej zdecydował dawca talentów, tego się nie wybiera, się nie kupi i nie wyuczy. Jeden ma to, drugi tamto – ja dostałem głos, jego barwę, skalę, poczucie rytmu, muzykalność i odrobinę oleju w głowie, żeby to dobrze wykorzystać. Uczyłem się głównie idąc za tym, co mi się podobało, muzyka towarzyszyła mi wszędzie, jak kawałek mnie. Pracowałem dużo, ale z przyjemnością, która przesłaniała trudy – tak jest zawsze z pasją. Nie było dla mnie czasu i zmęczenia, żeby się rozwijać i próbować, po prostu to robiłem, nie zastanawiałem się czy to się spodoba, czy ktoś to wyda, kupi – robiłem to z entuzjazmem odkrywcy. Studiowałem też na ówczesnym wydziale jazzu i muzyki rozrywkowej w Katowicach, co otworzyło mnie bardzo na muzykę instrumentalną i pracę w zespole. Wsiąkałem w muzykę z każdą wysłuchaną wtedy płytą.

Wydał Pan już kilka płyt, z którą było najwięcej pracy?
Każda z nich wymagała sporej pracy. Kiedy zacząłem pisać teksty, wiele czasu zabierało mi ułożenie historii, opowiadanie ich po polsku w synkopowanej muzyce, z bacznością na przekaz, prawdę w emocjach. Staram się zawsze połączyć pieczołowicie trzy sztuki: muzykę, słowo i interpretację, na tym, myślę, polega dobre śpiewanie. Ale chyba jednak najwięcej trudów związanych jest z moją ostatnią płytą „Signs” , bo trzeba było dojeżdżać za ocean, porozumiewać się po angielsku, z – na początku – nieznanymi mi ludźmi. To było wyzwanie.

Jak wspomina Pan współpracę z Pauliną Przybysz – Pinnawelą?
Świetnie. Paulina jest artystką superzdolną oraz fajnym jest człowiekiem, co nie zawsze idzie w parze. Piękna, zdolna i inspirująca. Jestem jej wielbicielem.

Wystąpił Pan w 1999 roku na Eurowizji, zmienił coś ten występ w Pana karierze?
Tak: już nigdy nie dam się przekonać, żeby śpiewać w miejscach, które nie są przeznaczone dla mnie. Moim zadaniem jest śpiewać w miejscach, gdzie liczy się dobra muzyka i dobre wykonawstwo.

Każdy będąc dzieckiem, później nastolatkiem itd. ma swoich mistrzów, muzyków, wokalistów, na których się wzoruję, ćwiczy ich utwory. Było tak w Pana przypadku?
Jasne! Najpierw byli to polscy wykonawcy: Łobaszewska, Piotr Szulc, Bem, Zaucha. Potem głównie czarnoskórzy wokaliści: Aretha Franklin, Donny Hathaway, Chaka Khan, Bill Withers, Prince. Słuchałem wszystkiego co produkował Quincy Jones oraz Earth, Wind and Fire i zespół Level42. Fascynowała mnie zawsze Shirley Horn, Carmen McRea, muzyka etniczna, szczególnie afrykańska, eskperymentalna muzyka współczesna i klasyka, np. Debussy.

Porozmawiajmy chwilę o nowej płycie, na którą musieliśmy czekać 5 lat. Dlaczego tak długo fani musieli czekać?
„…na najlepsze trzeba poczekać i tak…” ;-)). To jest polsko-amerykański projekt, dzielił nas ocean i własne prace planowane wcześniej, nad płytą pracowaliśmy w międzyczasie, więc i tak szybko powstała. No i mamy już pół następnej.

Czy płyta jest zróżnicowania stylistycznie? Jaki gatunek muzyczny przeważa?
Płyta jest świadomie różnorodna i bogata w inspiracje stylistyczne. To mój drobny tribute dla tej kultury muzycznej. Nowością jest dla mnie inspiracja amerykańskim folkiem – tego wcześniej nie tykałem i teraz robię to z entuzjazmem odkrywcy. Są akcenty czarne, ale płyta jest głównie biała i gitarowa, oprócz folku , słychać tam rhytm&blues, stary rock&roll, soul, gospel, jazz, pop lat 90tych. Wszystko w oldskulowym sosie, organicznie, z dobrym brzmieniem.

Jakich gości możemy się spodziewać w nagraniach? Znalazł się na płycie jakiś gość specjalny?

Na moich płytach każdy jest gościem specjalnym. Teraz jest ich trochę więcej i w większości ze Stanów, tzn: chór „Life Choir” z Los Angeles, Wendy Waldman, która produkowała, grała i zaśpiewała, Rob Hoffman-inżynier dźwięku, wielu świetnych amerykańskich i polskich instrumentalistów i – z Londynu – Basia Trzetrzelewska, która zaśpiewała ze mną w duecie „Save The Best For Last”.

Jak według Pana ewoluuje dzisiejsza muzyka? W dobrą czy złą stronę?
Myślę, że muzyka dzieli się teraz na komercyjną, użytkową i artystyczną, w każdym z gatunków. Sądzę, że funkcję w kulturze , którą miała kiedyś muzyka, przejęła dziś obrazkowość, wizualność. Ale na amerykańskim pop topie jest równolegle totalnie komercyjna Lady Gaga i świetny John Meyer, czyli zróżnicowanie. Dobra muzyka nie liczy się tak powszechnie, jak w przeszłości, demokracja wybiera blichtr.

Czy jakaś płyta, która została wydana na polskim rynku w ostatnim czasie zapadła Panu szczególnie w pamięci?
Jest wreszcie wielu młodych, zdolnych ludzi, którzy tworzą w wielu gatunkach świetne rzeczy. Mam nadzieję, że ten dziwny rynek da im zaistnieć szerzej. Kocham ich pasję i życzę im najpierw wytrwałości, ambicji i spotykania dobrych ludzi.