To było bodaj najważniejsze wydarzenie w całym życiu Milesa Davisa. Miał 19 lat. Do jego rodzinnego St. Louis przyjechał big band pod wodzą wielkiego B. – czyli Billiego Eckstine’a. Lecz nie lider zespołu był w tym wypadku najistotniejszy, tylko saksofonista, którego ze  sobą zabrał – Charlie „Bird” Parker. Miles wspomina swoją reakcję – „Co? Co to w ogóle jest?! Rany, tak napieprzali, że się normalnie zląkłem. To był normalnie odlot”.

Do Milesa uśmiechnęło się szczęście. Bandowi Eckstine’a rozchorował się jeden z trębaczy – Buddy Anderson. Zaczęli więc na gwałt poszukiwać wśród lokalnych muzyków zastępstwa. Padło na młodego Davisa. Początkowo trudno jednak było mu nadążyć za Birdem, ponieważ tak się zasłuchiwał w jego grę.

Przygoda trwała przez kilka tygodni, ponieważ zespół wziął Milesa w trasę. Po jej zakończeniu musiał jednak młody Davis wrócić do St. Louis. Wtedy postanowił, że musi wyrwać się z rodzinnego miasta, pojechać do Nowego Jorku, żeby uczestniczyć w nowym ruchu muzycznym – be-bopie.

Be-bop to pierwszy nowy nurt powojennego jazzu. Zrywał on z tanecznością i komercyjnością bigbandowego swinga. Miały się zmniejszyć zespoły, a przede wszystkim zmienić zasady improwizacji. Oparta ona być miała bardziej o harmonię niż jak do tej pory o melodię. Jazz miał powrócić do korzeni, stać się muzyką z powrotem czarną, zrzucić z siebie jarzmo białych swingujących muzyków. Be-bop to forma szarpana, dynamiczna, niezwykle intensywna.

Po długich poszukiwaniach Miles Davis odnalazł Charliego Parkera w jednym z nowojorskich klubów jazzowych. Znowu udało mu się dołączyć do zespołu swojego idola.

Jak się układała Milesowi gra z Parkerem? Czytajcie w kolejnej części.