Basia. Nasza wielka, wspaniała Basia. Promienieje ze wszystkich stron. Głosem, techniką, talentem, osobowością i tym jedynym, niepowtarzalnym uśmiechem. W świecie muzycznym od ponad 30 lat, a zaskakującym jest, że nagrała dopiero 5 studyjny album. Trochę jak Sade, na której albumy się czeka z niecierpliwością. Zanim jednak album Butterflies trafił do naszych rąk, singiel „Matteo” zapowiedział rewolucję i zmianę klimatu. Po raz pierwszy Basia nagrała jazzowy materiał. Czy aby na pewno?

basia-butterflies-b-iext52836346

Po pierwszym przesłuchaniu miałem dość mieszane odczucia. Basia jaką znam… jest właśnie taka jak na tym albumie. Co prawda dużo więcej tu żywych instrumentów i akustycznych aranżacji, ale poza drobnymi elementami i nieco bardziej rozbudowanymi jazzowymi improwizacjami, które nie są aż tak bardzo wyraźne nie zmieniło się za dużo. Może pierwszy utwór „Bubble” zahacza o leniwy jazz/blues, ale kolejne już nie do końca. „No heartache” to wypisz wymaluj schemat dawnych hitów artystki. Pięknie rozbudowane na głosy chórki, trochę latino i ujmujący klarowny wokal. Mam niestety wrażenie, że głos ten jakby trochę stracił na sile. Nie znajdziemy tu mocnych fraz, czy karkołomnych scat-wokaliz, ale jest ciągle to, co cieszy nas najbardziej czyli uśmiech i słońce. Czas się zatem zachwycać, bo przecież album jest bardzo dobry.

Materiał jest lekki, letni i urozmaicony. Kto zakochał się w poprzednim It’s that girl again, ten będzie w 100% usatysfakcjonowany. Jest tu doskonałe połączenie pianina, melodyjnych refrenów i chwytliwych rytmów. Album idealny na leniwe niedziele, zatłoczone wtorki i zmęczone czwartki. U mnie został on odpalony kilka dni po premierze i ciągle kręci się w odtwarzaczu. Utwory „Butterfly”, „Where’s your pride” czy ”Show time” brzmią jakby zostały nagrane na każdą poprzednią płytę mając świeżość, groove i ten charakterystyczny styl, po którym od razu wiadomo czyja to sprawka.

Są dwie perełki.

Be, Pop” to najmocniejsza pozycja nowego longplaya. Musicalowa, wręcz kabaretowa, energetyczna i bardzo elastyczna kompozycja z dęciakami amerykańskiego klimatu lat 40. Zaskakujące i zniewalające. Drugi to zamykający krążek utwór „Pandora’s box”. Takie trochę demoniczne połączenie południowych rytmów z niespokojnym tekstem. Rytm niby kręci, ciągnie do przodu, ale ścieżka wokalna prowadzi nas w zupełnie inne zakamarki. Taki mały dysonans, czerń i biel przeplatająca się wzajemnie. Mnie to wciągnęło i stwierdzam, że bez tego utworu czułbym ogromny niedosyt. Jest tu oczywiście i przepiękna ballada. Kto do dzisiaj słucha co rano „A gift” nagrane 9 lat temu, ten teraz przerzuci się na „Liang & Zhu”, zahaczającą o odrobinę orientu miłosną historię. Współpraca Basia Trzetrzelewska & Danny White jest zawsze dopracowana i oryginalna. Jestem zresztą pełen podziwu, że po tylu latach wspólnego tworzenia i produkowania ta dwójka ma w głowach pełnię pomysłów, które ciągle chwytają. Pełen szacunek.

Tyle lat kazała nam czekać na ten nowy materiał. Jakaż to ulga, że w końcu się pojawił. Jak dobrze, że przez ten cały czas pielęgnowała w sobie czar i zjawiskową kreację, jaką jest jej głos. Tak bardzo chcę, aby teraz ruszyła z koncertami, co by każdy wiedział ile dobrej muzyki tu się zadziało. Basia nie wraca. Ona jest. Nieustannie.

Ocena płyty: