Nagrana po 5 latach ciszy płyta weteranów downtempo i trip hopu jest tak dobra, że przyprawia o zawrót głowy. Kto nie zna Morcheeby, może szukać skojarzeń z London Grammar, Nouvelle Vague czy Bonobo, którzy w swej twórczości odwołują się do spuścizny Londyńczyków.

morcheeba Blaze Away

Morcheeba to trochę zapomniany zespół.

Może to zaskakiwać, bo jeszcze kilkanaście lat temu była to jedna z najpopularniejszych brytyjskich grup trip-hopowych. Przez lata istnienia skład przeszedł różne metamorfozy. W 2003 roku Morcheebę opuściła wokalistka Skye Edwards, a gdy cztery lata temu zespół stracił kluczowego członka DJ-a Paula Godfreya, popularność formacji znacznie obniżyła loty, czego dowodem był album „Head Up High” z 2013 roku, który spotkał się z nieprzychylnym przyjęciem zarówno krytyków, jak i fanów. Gdy spadek po równi pochyłej stał się dla zespołu niebezpieczny, wrócili jako duet w składzie z Rossem Godfreyem i Skye. Ich nowa muzyka brzmi jak zrewitalizowana, nagrana bez presji, na dużym luzie, z wielką radością wspólnego grania.

Jeśli porównamy pierwszą płytę Morcheeby z ich nową produkcją, przyjdzie nam na myśl raczej słowo ewolucja niż rewolucja. Muzycy rozbudowali spektrum swoich muzycznych inspiracji, które, jak zawsze, zmieszane są z melodyjnym stylem lat 60. i nowoczesną rytmiczną teksturą trip hopu. Składniki, z których stworzono album są doskonale znane: bogaty bas, akordy Rhodesa, psychodeliczne i surowe gitary, syntezatory. Wszystko brzmi bardzo dostojnie, elegancko i pięknie.

Całość spaja zdumiewający głos Skye Edwards, dziewczyny, która frazowanie, łatwość śpiewania i coś, co określamy mianem feelingu, ma w małym palcu. Jej styl śpiewania potwierdza zasadę minimalistów, że mniej znaczy czasem więcej. A gdy dodać do tego subtelne dźwięki gitar, klawiszy, odpowiednie beaty, wszechobecne scratche, robi się z tego naprawdę przyjemne, wciągające klubowe granie.

Granie, z którego wciąż bije urok (jak to z Bristol Soundem bywało) ścieżki filmowej do filmu, powiedzmy, sprzed czterdziestu, może nawet pięćdziesięciu lat. Co nie przeszkadza Morcheebie nawiązywać do wielkich nazw i nazwisk kojarzonych głównie z rockiem lat siedemdziesiątych. W finałowym, instrumentalnym „Mezcal DreamRoss Godfrey pomyka na gitarze takim brzmieniem, że wczesny David Gilmour mógłby poczuć się mocno zaniepokojony. W „Paris Sur Mer” galijskiego uroku dodał swym głosem francuski gwiazdor Benjamin Biolay. Z kolei Roots Manuva wzmocnił hip hopowymi smaczkami tytułowy „Blaze Away”. Jest tu nawet, jak na Morcheebę, piosenka niezwykła – „It’s Summertime”. Bliska temu, co robi w muzyce na przykład Lambchop (mieszanka folku, country, rocka). Trudno się dziwić, Morcheeba zaprosiła do napisania tej pieśni Kurta Wagnera, na co dzień będącego główną postacią w Lambchop.

Jak to nie będzie przebój, to…

A poza tym? To najzwyczajniej w świecie pełne wdzięku, nieco senne i bardzo ładne piosenki. Na pewno jest tu jakiś wypełniacz, ale ogólnie rzecz biorąc, „Blaze Away” jest sympatycznym powrotem, dzięki któremu Morcheeba odzyskuje tę świetlistą, mglistą jakość, którą uzależniała 20 lat temu.

Ocena płyty: