„Ventriloquism” czyli brzuchomówstwo. Przyznam, że to niezwykle apetyczny i trafny tytuł na płytę z coverami. Taki właśnie album nagrała Me’shell Ndegeocello. Producentka, basistka, wokalistka, kompozytorka… wymieniać należałoby długo i zacnie.

Kolejny raz udowodniła, że ma niekończące się pokłady ambicji, talentu i wrażliwości.

Otwierający materiał „I wonder if I take you home” przybiera kolory podobne do poprzedniego albumu z 2014 roku Comet, Come to Me. Analogia jednak się kończy, bo nie jest tu aż tak bardzo alternatywnie, zdecydowanie mniej progresywnie i bardziej przyjaźnie jeśli wziąć pod uwagę delikatność aranżacyjną. „Nite and day” (z repertuaru Al B. Sure!) jako następny ukazuje już potęgę przestrzeni jaka czeka nas słuchając Ventriloquism. Doskonałe, wręcz majestatyczna produkcja związana grubym wokalnym sznurem Me’shell, przywołuje wspomnienia kiedy to ukazał się jej wielki Bitter. Czy teraz będzie podobnie, czy to kolejny wielki longplay artystki? Zdecydowanie TAK! Utwory na nim zawarte to odważne wybory, bo czy można przebić świetność takich hitów jak „WaterfallTLC, „Private dancerTiny Turner albo „Smooth operatorSade? Wiem, grubo. Trzeba mieć abo umysł geniusza, albo niezłe ego by decydować się na tak wielki skok. W tym przypadku nie ma najmniejszej wątpliwości, że mamy do czynienia z umysłem geniusza, a przy tym Me’shell jest niewyobrażalnie skromna w treści i w emanowaniu swym ego. Te trzy wspomniane piosenki zostały nie tylko odświeżone, zyskują zupełnie nowe oblicze. „Waterfall”, najbardziej zbliżone do oryginału jest naturalnie piękne w prostocie wykonania. Nie czuć tu wyjścia pod publiczkę, ani nachalnego odtwórstwa. Chilloutowe, sensoryczne podejście do kompozycji wzbogacone zostało mistycznym video, które kompletuje pełnię doznań.

Private dancer” przestało być dancingowym hitem z 1985 roku, zbierającym taneczne żniwo całego świata. Zamieniło się teraz w nostalgiczną opcję na mgliste wieczory, pełne tęsknoty miłości. Odważne i absolutnie pionierskie podejście by aż tak rearanżować swoisty tytan wśród szlagierów. Niemały problem mam za to ze „Smooth operator”. Zamykający album utwór brzmi jakby spoza drugiej strony lutra, w dodatku tej krzywej. Niepokojący, wręcz demoniczny charakter debiutanckiego, turbo smooth hitu koronowanej przez masy Sade, to już szczyt wulkanu. Zdania co do niego będą chyba podzielone. Sam pierwej byłem odrobinę przerażony tą wersją, ale po odrzuceniu schematów i otwarciu się na nowe, stwierdzam że z tej słodkiej, gładkiej czekoladki zrobiono pełną grudek, nasączoną ostrymi przyprawami kulę czekoladową. Wyrafinowane i prawdziwie interesujące doznanie. Co ważne, nie są to najlepsze utwory z tego wydawnictwa. Mam wrażenie i nadzieję, że nie sposób także ocenić, które zasługują na takie miano.

Płyta choć umiejętnie scalona wspólnym charakterem utrzymanym w indie pop, progresive jazz i modern soul zaskakuje bogactwem emocji. „Don’t disturb this groove” (zespołu The System) na przykład, jest pełne radiowej lekkości z wybitnym solo basu (!!!). a „Tender love” (Force MD) opiewa w surowe, melodyjne „sheeranowe” brzmienia. Energii przybywa w rytmicznym „Sensivity” (Ralpha Tresvanta), a „Sometimes it snow in april” (Prince’a) przepełnione jest skupieniem, które kolejny raz przywołuje skojarzenia z albumem Bitter – znajduje się on zresztą na liście 10 moich ulubionych albumów EVER (swoją drogą, jest tam również Comfort woman od Ndegeocello).

O Me’shell mogę mówić w samych superlatywach.

Jest to jedna z niewielu artystek, która począwszy od czasu wydania Plantations Lullabies z 1993 roku, aż do dnia dzisiejszego ani razu nie zeszła na boczny tor i ani razu mnie nie zawiodła. Nagrywa płyty wybitne, trudne, ważne i co najważniejsze, zawsze przemyślane. Ventriloquism spełnia wszystkie te kryteria. Dodatkowo spełnia ambicje wymagającego słuchacza, który szuka czegoś więcej, czegoś magicznego pomiędzy słowem i dźwiękiem.

Ocena płyty: