Krzysztof Napiórkowski to postać, którą tylko pozornie łatwo zaszufladkować. Z jednej strony – twórca kojarzony z nurtem poezji śpiewanej; dotychczas komponował do wierszy polskich klasyków dwudziestowiecznych (Bolesław Leśmian, Zbigniew Herbert czy Jan Twardowski, któremu poświęcił cały album), ale także do tekstów żyjących poetów współczesnych (Wojciech Kass, Paweł Szydeł, Krzysztof Karasek). Z drugiej – twórca eleganckich i wysmakowanych piosenek w nurcie akustycznego popu romansującego z jazzem, pisanych do tekstów „poetyzujących” – czyli komunikatywnych również dla takiego słuchacza, który się „nie zaczytuje”, ale posiada pewne wymagania i chciałby mieć poczucie obcowania z materią słowno-muzyczną na wysokim poziomie. Z trzeciej natomiast strony – Napiórkowski to twórca, który większość swojego repertuaru zasila przecież słowem i muzyką wychodzącą spod własnego pióra, zasługuje więc na nalepkę „barda” – a to z kolei zbliża go ponownie do pierwszego ze wspomnianych światów…

semi-electric-b-iext52655840

Tak oto oblicza Rzeszowianina wciąż zgrabnie się przenikają, co dotąd zaowocowało czterema albumami autorskimi, jedną płytą nieautorską („Granie Herberta” do muzyki Szymona Orłowskiego i Macieja Wróbla), śladami zostawionymi na kilku składankach oraz współpracą z wykonawcami nurtu – a jakże – zarówno literackiego (Grzegorz Turnau, Adam Strug, Michał Jurkiewicz), jak i jazzowego (Anna Maria Jopek, Dorota Miśkiewicz, Marek Napiórkowski, Monika Lidke).

Właśnie ukazał się piąty autorski album Artysty – „Semi electric”. Tytuł zastanawiający, bo przecież żaden wcześniejszy nie był całkowicie „acoustic”, ani też „electric”. Sam twórca zazwyczaj używał zarówno fortepianu, jak i pianina elektrycznego Fender Rhodes. Tutaj jednak postawił wyłącznie na ten ostatni instrument; w czterech piosenkach sięgnął także po gitarę akustyczną (i tu odnajdujemy chyba rozwiązanie owej zagadki). Napiórkowski prezentuje nam trzynaście kompozycji, wśród których znajdziemy na nowo zaaranżowane trzy piosenki z pierwszych dwóch płyt. Wersje – owszem – przyjemne (być może dojrzały w tym kształcie figurując w koncertowych setlistach), nie mam jednak pewności, czy aby w tym zestawieniu tak bardzo potrzebne. „Ludzie mówią”, choć ma świeższy, rockowy pazur, pozbawione zostało np. wdzięcznych żeńskich chórków. Natomiast „Sen o dniu”, obudowany nową, ciekawą tkanką perkusyjną, utracił gdzieś swoją pierwotną, transową przestrzenność, która świetnie domykała debiutancką „Introspekcję”. Ale cóż – takie już prawo Artysty do redefiniowana własnych pomysłów, natomiast zdanie recenzenta zawsze będzie posiadać czysto ludzki pierwiastek subiektywizmu.

Co poza tym? Oczywiście Krzysztof N. ponownie nie zawodzi nas, jeżeli chodzi o urokliwe, nasycone ballady, pulsujące wyciszonym, „aksamitnym” liryzmem. Takie jest intymne (a jednocześnie podskórnie niepokojące) „Nigdy nie wrócę”, takie jest – sączące się pluszowym brzmieniem Rhodesa – „Nie masz dokąd pójść”; takie jest również piękne w swej prostocie, akustyczno-gitarowe wyznanie „W tym zwariowanym świecie” oraz coda całego albumu – Leśmianowskie „W czas zmartwychwstania”, z idealnie wkomponowanym saksofonem Szymona Kamykowskiego.

Na przeciwległej szali naszej „semi-elektrycznej” wagi połóżmy piosenki nieco żywsze w tempie i bardziej „życiowo-serialowe” w tematyce – takie po prostu „friendly” (co przecież nie jest zarzutem), a również „radio-friendly” (co w końcu nie jest bez znaczenia). Ten nurt reprezentuje singlowe „Nie wiemy nic o sobie”, wdzięcznie przyprawione wyspowym klimatem za sprawą szkockich gości (oj, idealny to kandydat na jakąś serialową tyłówkę!) oraz „Rusz się z domu” – muzyczny motywator, pobłyskujący światłami miejskiego wieczoru. Z kolei utwór „Jasny” to już taki klasyczny Napiórkowski, w metrum nieparzystym, ze świetną, gęstą linią basu, „fajną” gitarą – a wszystko podane tak naturalnie, że można tego słuchać właściwie ciągle od nowa. Intrygujący tekst wyszedł spod pióra koleżanki po fachu, Joanny Kondrat (także i ona umieściła swoją wersję „Jasnego” na debiutanckiej płycie „Samosie” sprzed siedmiu lat, gdzie znajdziemy również cztery inne kompozycje Napiórkowskiego).

Specjalnie na koniec zostawiam odsłonę „czysto poetycką” albumu „Semi electric”. Nie licząc końcowego liryku Leśmiana, mamy tu do czynienia z trzema fragmentami frapujących poematów walijskiego poety i pisarza ubiegłego wieku, Dylana Thomasa, we wspaniałych przekładach nieodżałowanego mistrza Stanisława Barańczaka. Na początek – refleksyjne, poetyckie sprawozdanie; nasączone surrealistyczną symboliką „Widzę dziś chłopców lata”, o muzycznym kolorze zachodzącego słońca. W kontrze – manifest kresu życia, jeden z najbardziej przejmujących wierszy Thomasa – „Nie wchodź łagodnie do tej dobrej nocy”, powstały pod wpływem traumy spowodowanej chorobą i śmiercią ojca. Tu Napiórkowski postanowił jednak nie pogłębiać mroku przewijającego się w  tekście, wdzięcznie oplatając go pozytywnym, swingującym pulsem, stopniowo dochodzącą sekcją rytmiczną i jazzowym saksofonem. Wreszcie na koniec – profetyczne „A śmierć utraci swoją władzę”, gdzie bogate obrazowanie tekstu zyskało świetną szatę muzyczną.

Warto wspomnieć, że rytmikę tekstu tych przekładów niełatwo przekuć w naturalnie płynącą piosenkę – a to Napiórkowskiemu udaje się całkiem sprawnie. Do materii poetyckiego słowa podchodzi bowiem rozważnie i z szacunkiem. Składając na niej swój muzyczny autograf, uzyskuje efekt swoistej „bliskości” i autentyczności – po prostu mu się wierzy. Dodatkowo pomaga w tym charakterystyczna, ciepła barwa głosu, która śle nam jakiś podprogowy komunikat poczucia bezpieczeństwa i kieruje nasze myśli w stronę ciepłego łóżka, kubka parującego napoju, ukochanej osoby przy boku… Oraz oczywiście zachęca, aby wciąż na nowo przeżywać muzyczne narracje zawarte na albumie „Semi electric”. Świetne, przemyślane aranżacje to oczywiście dzieło lidera, występującego także w roli producenta albumu, razem ze swym stałym realizatorem dźwięku, Bartłomiejem Magdoniem.

Na koniec słowo o zespole. Krzysztofowi Napiórkowskiemu towarzyszy jego stały skład, zahartowany dzięki setkom wspólnych koncertów, które pomogły w ukształtowaniu porozumienia intuicyjnego – i to oczywiście słychać. Tworzą go: gitarzysta Kacper Stolarczyk, basista Maciej Magnuski i perkusista Daniel Kapustka. Sporo miejsca zyskał również skrzypek Mateusz Pliniewicz, pojawiający się w większości utworów. Szymon Kamykowski tradycyjnie dołożył kilka swoich doskonałych solówek na saksofonie tenorowym i sopranowym. Gościnnie na albumie zagrała trójka muzyków szkockich – Claire Campbell i Andrew Gibb na skrzypcach ludowych (znanych ogólnie jako „fiddle”) oraz Norman Mackay na bandoneonie (który w opisie przez pomyłkę utracił jedną sylabę).

Na uwagę zasługuje również piękny projekt graficzny okładki autorstwa Marleny Stawarz, w którym botanika miesza się z astronomią i geografią.

Ocena płyty: