Wyborny debiut polskiego duetu, będący jednym z najprzystępniejszych oraz najładniejszych wydawnictw polskich wytwórni muzycznych. Jeśli wyobrazicie sobie najsmutniejsze dźwiękowe fragmenty Nymanowskiego „Fortepianu”, delikatne, zwiewne i rozbrajające ilustracje dziecięcych „dobranocek” oraz zabawne i beztroskie kompozycje mistrzów „French Touch”, wówczas jesteście w połowie twórczości elektronicznego duetu Linia Nocna. Twórczości uroczej, bajkowej i niewinnej, czyniącej z was bardziej wrażliwych ludzi.

Po singlowym „Znikam na chwilę”, Linia Nocna doczekała się debiutanckiego albumu. Nie ma jednak nic bardziej zgubnego jak deskrypcja tego fenomenu. Linia Nocna to bowiem stylistyczna efemeryda: muzyka elektroniczna z elementami popu i chilloutu w dość minimalistycznym wydaniu. Hipnotyczna, komputerowa tkanka podszyta jest tu wrażliwością zupełnie nieelektroniczną. Przypomina to ścieżkę dźwiękową do filmu o nowej formie życia wewnątrz mikroprocesorów.

Muzyka, jaką uprawia Linia Nocna, ma to do siebie, że nic specjalnie nie musi się w niej dziać. Ma płynąć, snuć się i roztaczać kontemplacyjną aurę. Wielkich umiejętności do jej tworzenia nie potrzeba, ale dobrze, gdy oprócz generowania przeciągłego, minimalistycznego tła „wielkomiejscy” twórcy znajdą jeszcze pomysł. Stołeczny duet znalazł, przez co „Znikam na chwilę” jawi się jako projekt naprawdę intrygujący.

Odpowiadający za kompozycję i produkcję Mikołaj Trybulec z dużym wyczuciem łamie estetyczne konwencje, kierując muzykę w stronę formalnej otwartości i estetycznego nieskrępowania. Nie zamyka swych utworów w określonych strukturach, pozwalając na swobodny rozwój. Twórczość Linii Nocnej jest kolażem pomysłów konstruowanych wokół elektronicznie preparowanych dźwięków, tworzących rodzaj intelektualnego misterium. Rozmarzone fortepianowe frazy („W Tobie Tonę”), rozległe dźwiękowe krajobrazy żywcem z filmowej muzyki ilustracyjnej to tylko niektóre z wielu elementów, które dodają kolorytu „linionocnowej” fuzji. Akumulatorem pozytywnej energii jest tu zaś pięknie śpiewająca Mimi Wydrzyńska.

Całość drga i wibruje lekkością efektownych pomysłów, nie pozwalając słuchaczowi na znużenie, co w tego typu muzyce jest prawdziwą rzadkością. Równie witalnie działają udane igraszki z popem, wciągające nie gorzej niż nagrania szwedzkich mistrzów tego gatunku. „Na jeden dzień” potwierdza klasę autorów, którzy poszukiwania zgrabnie łączą z talentem do tworzenia numerów całkiem użytkowych.

Z kolei interpretacją utworu „W moim ogrodzie” zespołu DAAB, Linia Nocna poszerza listę artystów oddających hołd latom 80. W przeciwieństwie do innych producentów, z muzyki sprzed trzech dekad ani nie robi sobie żartów, ani nie demaskuje jej kiczowatego charakteru. Z pozoru tylko prymitywne rozwiązania łączy ze współczesnymi rytmami house.

Wszystko świetnie, czujnie i smakowicie wykonane. Znakomity, odświeżający album, będący kolejnym dowodem na to, że elektronika może łagodzić napięcie, nadając muzyce subtelności i niemal klasycznego charakteru. Bardzo elegancka i zaskakująco przystępna płyta, będąca prztyczkiem w nos dla rynku muzycznego, zdominowanego przez wwiercającą się w mózg elektronikę.

Ocena płyty: