W Polsce w ogóle nie ma dobrego popu. Są tylko snoby i jakieś pseudoelektroniczne wyjce. Jeśli pojawiłby się teraz taki młody Marek Grechuta, to nie miałby szans, musiałby 5-6 lat jeździć po Polsce, żeby zostać zauważonym.

Pewna tradycja właśnie została przerwana.

Takiej muzyki jeszcze w Polsce nie było – tyle przynajmniej da się powiedzieć o płycie „Dom z Ognia”, która przyniosła w lutym rozgłos Barbarze Wrońskiej. Singiel „Nie czekaj” świetnie sobie radzi według rotacji w stacjach regionalnych. Przeszkodą w zaistnieniu na antenach komercyjnych stacji radiowych jest zapewne muzyczna przeszłość artystki, która ma na swoim koncie praktycznie same alternatywne projekty, od 14 lat występuje w zespole Pustki, a od 2004 roku współtworzy – wraz z Zuzanną Wrońską – siostrzany duet Ballady i Romanse.

Dom z Ognia” zadaje kłam opinii, jakoby polscy artyści nie dorośli jeszcze do nagrywania na światowym poziomie inteligentnych dźwięków „po polsku”. Na płycie słychać lata doświadczeń, lata poszukiwań właściwych brzmień, a w końcu lata walki o godne wydanie muzyki jeszcze do niedawana niewygodnej dla rodzimych wytwórni. Bo „Dom z Ognia” to sztuka osobliwa. W czasach zgiełku i permanentnej kontestacji tradycyjnych kanonów estetycznych daleko jej do powszechnej uniformizacji – jest wręcz nierealna, wyalienowana, piękna. Interpretacyjna oszczędność i emisyjna powściągliwość wokalistki, umiejętnie odsłania introwertyczność skąpo zapisanych nut.

Płyta pozbawiona jest eksperymentów, nadmiernie eksponowanej elektroniki i sampli. Barabara Wrońska po prostu nagrała dziesięć prostych piosenek, nie stroniąc od rockowych brzmień („Odnajdź mnie” czy „Dom z ognia”), funkowej pulsacji („Abstrakcja”) czy soulowych dęciaków („Depression”). Zamiast samplować, zabawiła się w wykorzystywanie naturalnych brzmień charakterystycznych gigantów przeszłości. Krótko mówiąc, Barbara Wrońska na tym albumie zawitała do krainy bezpiecznie radosnej psychodelii i osiągnęła nadspodziewanie dobry rezultat.

Artystka nie odkrywa nieznanych lądów. Jej zamiary są jasne: zaproponować odbiorcy całość nowoczesną i efektowną, a przy tym łatwo przyswajalną. Piosenki mają koronkowe aranżacje, zgrabne melodie, chwytliwe refreny, a dzięki odpowiednio modulowanemu głosowi wokalistki i niebanalnym rozwiązaniom produkcyjnym, płyta oddaje niemal metafizyczny wymiar, słyszalny od niemal pierwszych dźwięków. Trzeba przyznać, że od dawna nie było w Polsce nikogo, kto zmierzałby do wyznaczonego przez siebie celu z równym wdziękiem.

Wrońska wprowadza do swojej muzyki wiele przestrzeni i miękkości. W jej dźwiękach pojawia się wszystko, nie na zasadzie eklektyzmu, tylko na zasadzie wolności. „Dom z ognia” ma w sobie lekkość muzyki filmowej z lat 60., a także smak Stereolab czy Belle & Sebastian. To niebanalna melodia i wyjątkowo – jak na polskie warunki – niegłupi tekst. Całość jest na tyle przystępna, by była zrozumiała dla słuchaczy dobrego popu i na tyle frapująca, by zainteresowali się nią miłośnicy Sonic Youth.

Dom z ognia” to bez dwóch zdań jeden z najważniejszych i najlepszych albumów polskiej muzyki ostatnich lat. Nie jest to retro, nie jest to futuro, to jest Barbara Wrońska, która legła w poprzek samej sobie, by być konsekwentną wobec siebie.

Ocena płyty: