“Marzę o tym, by osiągnąć zdolność wydłużania czasu…” – rozmowa z Kubą Badachem

Długo przyszło czekać na pierwszą solową płytę Kuby Badacha z całkowicie autorskim materiałem. “Oldschool” zawiera pomysły, które artysta gromadził latami i w końcu postanowił je zebrać na jednym krążku. W poniższej długiej rozmowie Kuba opowiedział szczegółowo o procesie powstawania płyty oraz m.in. o przyszłości swojej macierzystej grupy – Poluzjanci.

O tej płycie mówiło się już od dawna. A jak długo gromadziłeś na nią pomysły?

Od mniej więcej 2005 roku. Zbierałem takie pomysły, które na etapie tworzenia wydawały mi się nie do końca pasujące do Poluzjantów, więc nie było sensu z chłopakami tych rzeczy grać. Owszem, próbowaliśmy grać „Pusto” i „Chwile”, ale nie zażarły. Gdy zacząłem je kompilować w głowie, to na pierwszy plan wyszły numery,  które najbardziej pasują do zbioru pod nazwą: Nie nagrywaj tych piosenek, bo nikt nie będzie chciał ich słuchać (śmiech).

Mówisz, że to „Oldschool” to specyficzny sposób aranżacji, harmonii i ukłon w stronę tego sposobu komponowania, a przecież ludzie którzy Cię znają z Twojej działalności z Poluzjantami, czy nawet z Obecnego, wiedzą, że tak właśnie tworzysz.

Tak, właściwie ta płyta jest w pewnym stopniu zbliżona do grania  poluzjantowego, takiego z pierwszej płyty. Kiedyś, jeszcze za życia Przemka Maciołka, puściłem mu kilka z tych utworów. Stwierdził, że fajne, ale jednak wolałby, żebyśmy z „Polu” grali trochę prościej. Żeby te nasze rzeczy szły może w stronę takiego bardziej „bluesawego” grania. I finalnie, w taką bardziej surową, chropowatą stronę udało nam się pójść, nim życie napisało swój gorzki scenariusz. Generalnie, zanim Przemek odszedł, udało nam się stworzyć piękne rzeczy. Napisaliśmy materiał prawie na całą płytę, po raz pierwszy od wielu lat pracując kolektywnie. Jechaliśmy na kilka dni w takie odludzie pod Warszawą, gdzie nie było zasięgu telefonicznego i przez kilka dni jammowaliśmy. To sprawiło, że poczuliśmy zupełnie nowy rodzaj wzajemnego muzycznego zrozumienia. Ten zespół zawsze był tworem, będącym trochę wypadkową kompromisów. Ja przynosiłem kawałki, potem też Grzesiek Jabłoński i oddawaliśmy te nasze ‘dzieci’, które następnie były kształtowane przez kilka osobowości. Kochasz jak swoje, ale z niektórymi zmianami ciężko jest się pogodzić. A w przypadku tej ostatniej płyty, którą zaczęliśmy z chłopakami robić, pięknie się to wszystko połączyło i kompromis zdawał się cieszyć wszystkich. Natomiast przy mojej solowej płycie powróciłem do podejścia, jakie miałem przy pierwszym albumie Poluzjantów, gdy osobiście decydowałem, jak co ma brzmieć i jakimi środkami to osiągnąć.  Zostawiłem jedynie dużą swobodę Marcinowi Górnemu na etapie miksów.

O to właśnie chciałem zapytać – czy pracowaliście z Jackiem Piskorzem podobnie, jak przy „Obecnym”, czy oddałeś też pole także Marcinowi?

Przy tej płycie był zupełnie inny model pracy. Głównie dlatego, że postanowiłem połowę tego albumu nagrać z muzykami z projektu „Tribute To Andrzej Zaucha. Obecny”, a drugą połowę stworzyć w dużej mierze samodzielnie. Chciałem,  żeby część płyty była bardziej żywiołowa, z wykorzystaniem tej potężnej muzykalności chłopaków. Z nimi pracowałem nad numerami, które w moim odczuciu były takimi samograjami. Wystarczyło puścić im demo i nie było nad tym więcej kombinowania – trzeba było to tylko świetnie zagrać. Z drugiej strony miałem też utwory, w których wiedziałem dokładnie, w jaką stronę ma zostać poprowadzona partia gitary basowej, partie klawiszy i jakim soundem ma się to odezwać. Nie było więc potrzeby proszenia kolegów, którzy są świetnymi kreatorami, do tego, żeby odtworzyli jakąś moją wizję, skoro ja sam byłem w stanie to zrobić. Przy tej części płyty bardzo pomógł Marcin Górny. Natomiast Jacka Piskorza poprosiłem o jego inwencję twórczą w przypadku aranżacji sekcji dętej, bo zadanie było trochę karkołomne. Jednak całą odpowiedzialność za dźwięki na tej płycie wziąłem na siebie, bym nie miał na kogo innego zwalić winy (śmiech).

Mówisz, że te piosenki nie pasowały do Poluzjantów. Tymczasem znajduje się tu mnóstwo odnośników. Na przykład „Będę z Tobą” kojarzy mi się z „Everyday” Jamiroquai, a utwór „Cześć” to taka trochę dalsza część „Dwa Na Dwa”?

Dalsza część to to nie jest, gdyż „Cześć” powstało w okolicach 2006 roku, łącznie z tekstem, a „Dwa na dwa” to kompozycja Grześka z trzeciej płyty Poluzjantów, a więc z roku 2011.  Z kolei gdy pisałem „Będę z Tobą” kompletnie nie myślałem o „Everyday”, ale to miłe porównanie.

„Jestem Kimś” też jest mocno poluzjantowy, natomiast odnosząc się do tekstu tego utworu: masz problem z bieganiem?

Oczywiście (śmiech). Biegałbym, ale mi to szkodzi. A trzeba zdrowo żyć, więc dużo jem, po co mam się głodzić. Chudszy się nie poznałbym. To tekst mojej żony o mnie. Bardzo ironizujący. Zawsze uważałem, że po co mam biegać, skoro mogę podjechać samochodem. Oczywiście żartuję, ale tak jak większość ludzi nie lubię się zmęczyć. Z drugiej strony – muszę, ponieważ wszedłem w taki wiek, że bez sportu po prostu nie ma życia. Poszedłem parę lat temu do lekarza, bo zacząłem tracić czucie w lewej dłoni. Jakiś mikro ucisk mnie dopadł i pan doktor zapytał mnie, kiedy ostatni raz byłem na w-fie, a ja odpowiedziałem, że na studiach. Uwielbiam co prawda jeździć na nartach i bywało, że sześć razy w roku na nie wyjeżdżałem. Natomiast lata spędzone w busie i przed komputerem w tej niezbyt fajnej pozycji zrobiły swoje. Dotyczy to nie tylko mnie, ale też innych kolegów z branży. Po prostu bez sportu nie da rady.

Początkowo myślałem, że „So Sorry” jest coverem. Swoją drogą dobrze Ci się śpiewa teksty po angielsku?

Tak, choć nie wszystkie.

No właśnie. Twoja żona, Ola napisała teksty do „Jestem Kimś”, „Tonight”, „Wall Of Kindness”. Pisała je pod Ciebie, czy to Ty odrzucałeś jakieś frazy? Jak to wyglądało?

Udział mojej żony to wielka niespodzianka. Na tę płytę  chciałem mieć kilka tekstów anglojęzycznych, ponieważ spotykam się z ludźmi z całego świata i gdy daję im do posłuchania „.Tribute To Andrzej Zaucha. Obecny”, to nie wiedzą, o czym to jest. Zupełnie inaczej słucha się tego polskiemu odbiorcy, a inaczej ludziom z zagranicy. I gdy muzyczne prace nad albumem szły pełną parą, okazało się, że brakuje anglojęzycznych historii do kilku utworów. Ola poprosiła wtedy, żebym wysłał jej demówkę pierwszego z nich i zapytała, o czym ten utwór miałby opowiadać. Miałem w głowie pewien obraz i frazę, którą śpiewałem na końcu każdego refrenu demo: „wall of kindness fell down”. Chodzi o to, że żyjemy w takim świecie, gdzie ten mur dobroci zaczyna pękać, a wręcz się sypie. Ludzie skaczą sobie do gardeł i znowu dzieje się coś takiego na świecie, że wracamy mentalnie do średniowiecza. Poziom agresji wzrasta okrutnie. I Ola napisała piękny tekst o ojcu, który, w dużym skrócie, mówi do swojego syna, żeby nie dorastał. Żeby zachował w sobie niewinność i naiwną radość, bo na tym świecie i w dorosłym życiu nie czeka go nic fajnego. Potem napisała „Tonight”, gdzie chcieliśmy, by było lżej, bardziej zabawowo. I taki właśnie tekst powstał. Lekki, ale klimatem bardzo pasuje do muzyki. Na koniec powstały słowa do wspomnianego już „Jestem Kimś”. I ten utwór również początkowo był w wersji angielskiej. Nosił wówczas tytuł „So Hot” i, o dziwo, ciężko śpiewało mi się go po angielsku. Ten numer jest tak rytmiczny, że wydawało mi się, że nie da się tego dobrze napisać po polsku. A Ola napisała to w ciągu godziny. Wielkie zaskoczenie i ogromna przyjemność pracować z kimś tak zdolnym i to pod jednym dachem (śmiech)

Najbardziej zaskoczyło mnie „Pusto” – ten wstęp trochę jak z „Money For Nothing” Dire Straits i bębny z „Billie Jean” Michaela Jacksona.

Akurat dobierając brzmienia, nie myślałem ani o jednym, ani o drugim. Wziąłem po prostu pierwszy sound bębnów, a konkretnie stopy i werbla z Rolanda TR 909, który mi się podobał. Zależało mi na tym, żeby był to tłusty, ale syntetyczny zestaw i ładnie się kleił z partią basu, którą nagrałem wcześniej na demo. Stwierdziłem, że na tyle się broni i jest tak fajna brzmieniowo, że ją wykorzystam. Miałem wtedy jakąś kombinację starych strun na nowoczesnej basówce Warwicka. Próbowałem to potem zagrać na innych basach, ale stwierdziłem, że tamten mi najbardziej pasuje. Ale skoro takie porównania przyszły Ci do głowy, to znaczy, że muzyka zawsze się musi z czymś kojarzyć (śmiech).

„Wracam Do Siebie” i „Chwile” są w stylu nagrań z „ Tribute To Andrzej Zaucha. Obecny”.  W ogóle końcówka płyty jest bardzo delikatna, spokojna.

O to mi chodziło. Olschoolowość kojarzy mi się także z tym, że płyta nie jest „cięta z metra” i osadzona w jednej stylistyce. Lubię jak są różne kolory i jak się dużo dzieje. Zależało mi na tym, by początek płyty był takim pomostem pomiędzy brzmieniem „Tribute To Andrzej Zaucha. Obecny”, a częścią solową. Żeby środek był taki bardziej zabawowy, a końcówka bardziej refleksyjna i dojrzała. Wydaje mi się, że to się udało. Teksty też są podobnie ułożone, mimo iż powstały na przestrzeni lat. „Cześć” jest tego dobrym przykładem, bo był napisany w 2006 roku przez młodszego Janusza Onufrowicza i był wówczas śpiewany przez młodszego Kubę Badacha, który marzy o spotkaniu drugiej połowy (śmiech). W związku z tym mogłoby się wydawać, że ten tekst nie jest aktualny. Jednak nie śpiewam przecież tylko dla czterdziestolatków, ale także dla osób starszych i młodszych. Chciałem, żeby nie tylko muzycznie, ale także tekstowo ta płyta była różnorodna.

A o czym w takim razie dzisiaj marzysz?

Dzisiaj marzę o tym, by osiągnąć zdolność wydłużania czasu i bilokacji (śmiech). Marzę o tym, żeby nie wpędzić się w gonitwę, z której nie będę w stanie wyskoczyć i wyhamować. Ostatnie lata pokazują, że coraz trudniej podjąć decyzję o tym, kiedy przestać. Tęsknię też za tym, by pojechać na kilkutygodniowe wakacje. Raz w życiu udało mi się być na trzytygodniowych wakacjach i to jest rzecz, która zmienia wszystko, ponieważ okazuje się, że zaczynamy odpoczywać dopiero w tym trzecim tygodniu. 

Co Ci powiedziała Pani Basia Trzetrzelewska?

Bardzo miłe słowa. Po rozmowie z nią doszedłem do wniosku, że to jest ten moment w życiu, kiedy tę płytę trzeba zrobić. I nie ma co czekać, ale – wracamy do tego, o czym przed chwilą rozmawialiśmy – wpadłem w taki cug pracy, że zacząłem się obawiać, że zaraz będę miał 50 lat i nadal nie będę miał tej płyty.  Bardzo potrzebowałem też tego, żeby te piosenki w końcu z siebie wyrzucić. Żeby już dłużej nie zalegały w mojej głowie i w sercu. I żeby pojawiła się przestrzeń na coś nowego.

A kto to jest Pan Andrzej Danek, który dla Ciebie napisał tekst?

Andrzej Danek to mój przyjaciel, muzyk, kompozytor i producent, który mieszka na co dzień w Nowym Jorku. Pochwalił mi się ostatnio, że telewizja Fox kupiła od niego prawa do piosenki do czwartego sezonu serialu o branży muzycznej pt. „Empire”. Jeden z głównych bohaterów tego serialu będzie ją śpiewał. Poważna sprawa. Andrzej jest taką osobą, którą w Polsce mało kto zna, a w Stanach jest facetem, który całkiem nieźle obraca się w branży. Dzięki niemu poznałem np. Chrisa Willisa, który razem z Davidem Guettą współtworzył jego największe przeboje. Bardzo się cieszę, że mógł zostawić swój ślad na mojej płycie.

A Gareth Saunders?

Jest kolegą, którego poprosiliśmy o sprawdzenie tekstów angielskich, w Polsce znany z zespołu Neo-Retros.

„Oldschool” ma 60 minut. Planujesz wydanie go na winylu?

Tak, pracujemy nad tym. Mam nadzieję, że uda się pokonać problemy technologiczne i tłocznia zdąży przed Świętami Bożego Narodzenia.

Trasa zapowiada się pięknie. Grasz w naprawdę dużych salach.

Tak, cieszę się, że zagramy w naprawdę znakomitych miejscach.  W szczecińskiej Filharmonii , katowickim NOSPR, wrocławskim NFM, warszawskiej Romie, Sali Ziemi w Poznaniu. To są świetne sale. W listopadzie i  grudniu zagramy w sumie 19 koncertów. W lutym będzie przerwa i od marca będziemy grali dalej. Mam jeszcze dwa projekty w planach. Dzieje się (śmiech).

Wspomniałeś, że macie gotową płytę z Poluzjantami. Czy ona się ukaże?

Myślę, że tak. Zabraliśmy się za nią jeszcze przed tym, jak zacząłem nagrywać „Oldschool”. Prace już były zaawansowane, natomiast utknęliśmy na kilku utworach od strony tekstowej. Chcę jednak dokończyć tę płytę, żeby nasi fani mogli te utwory poznać. Przemka Maciołka zastąpili inni gitarzyści, którzy starali się tego ducha uchwycić, bo demówki były bardzo sugestywne. Udało nam się też odzyskać kilka utworów sprzed paru lat, które kiedyś opracowaliśmy z Marcinem Górnymi i z Przemem w Poznaniu. Przemowi bardzo się ten materiał podobał, więc obiecaliśmy sobie, że dokończymy tę płytę właśnie dla niego.

Po wydaniu tej płyty będzie koniec Poluzjantów?

Nie wiem. W przypadku Poluzjantów było zawsze dużo planów, a życie pisało zupełnie inny scenariusz. Nikt się nie spodziewał, że nie dociągniemy do naszego dwudziestolecia. Mieliśmy zaplanowaną całą jesienną trasę, kiedy Przemek zmarł. Czas pokaże, co będzie dalej.

Planujesz jakieś teledyski do utworów z „Oldschool”?

Teledysk do „Jestem Kimś” już powstał, a niedługo planuję premierę kolejnego obrazka do utworu „Wracam do siebie”

Życzę Ci zatem zdrowia i do zobaczenia na koncertach.

Bardzo dziękuję.