Sam Smith “The Thrill of It All”

Druga płyta jednego z najwybitniejszych współczesnych wokalistów z rozmachem weszła na rynek. Została wyprodukowana przy zaangażowaniu najlepszych światowych producentów (m.in. Steve Fitzmaurice, Jimmy Napes, Timbaland), co już świadczy, z jaką pieczołowitością potraktowano powrót tego platynowego dotychczas artysty na fonograficzny rynek po trzech latach. Sam Smith oddał swoje nagrania w ręce mistrzów konsolety specjalizujących się w popowej stylistyce i postanowił załapać się do pociągu z napisem elektronika jadącego w przeciwnym kierunku, co jego – z szyldem akustyczny soul.

W efekcie tego mariażu otrzymujemy dzieło na wyrafinowany wieczór przy domowym stereo.

sam smith the-thrill-of-it-all-limited-edition-b-iext51444036

Sam Smith wyrósł i pasowany był na muzykanta w chmurnej Anglii. Jego zamierzchłe początki to próby zdyskontowania popularności Eda Sheerana. Potem zaczął flirtować z „czarnym” brzmieniem. Dzisiaj jest instytucją, którą otwarcie wspierają raczej jego rówieśnicy niż młodzież. I tak być powinno. Jego lekko zmęczony głos, nienachalne instrumenty i proste, a jednak niepospolite melodie (polecam zwłaszcza „Burning”) każą myśleć o nim jako o współplemieńcu Niny Simone i Adele. A że czasem łapiesz się na tym, że przestajesz słuchać? Album nie wyrwie z zadumy, on jej sprzyja.

To, co na debiucie przed paroma laty brzmiało jeszcze nieśmiało, teraz dowodzi, że Smith się otrzaskał sam ze sobą i okroił formułę do niezbędnego kośćca. Jest nim oczywiście biały soul. Album pod względem brzmieniowym i rytmicznym wydaje się nieco staroświecką płytą i przywołuje muzykę, na której autor sam się wychował. Stąd w wielu utworach pojawia się sekcja dęta i ciepłe żeńskie chórki zamiast elektronicznych beatów i przestrzennej produkcji.

Te proste melodie zostały uzupełnione o bezbolesne teksty miłosne.

Mówić, że Sam Smith wkłada w swój śpiew duszę, to za mało. On wkłada i duszę, i ciało. Jest absolutnym mistrzem w nadawaniu piosenkom własnego „skrzywienia”. Nawet wychodząc od tak ograniczonej formy jak gospel, potrafi skonstruować cacko: „HIM” to najlepszy numer na tym mocnym albumie. Blisko plasują się: „Say It First”, „Palace” oraz świetna piosenka tytułowa. I to nie jest tak, że Smith „śpiewa, jak ptak śpiewa”. Żaden ptak nie śpiewa do utraty tchu. Nie wystarczy też powiedzieć, „że on tak ma”. Nikt tak nie ma. Sam Smith – jak przystało na prawdziwego artystę – każdą nutę wyciska z siebie z wielkim wysiłkiem.

Czas zrewidować resentymenty. Nie żebym wykupił roczną składkę w fanklubach błękitnookiego soulu. To raczej Sam Smith mnie zaskoczył. „The Thrill of It All” jest po prostu bardzo rzetelnym kawałkiem żywej muzyki. Brytyjczyk sam manewruje swoją orkiestrą, jednak pierwszy raz zrobił tak szeroki użytek z instrumentów nieklawiszowych. Tu brzęknie gitara, tam rąbnie bęben, ówdzie zarzępoli kwartet smyczkowy – nie mówiąc o prawdziwym chórze gospelowym w „Pray”. Sam Smith śpiewa całym gardłem, nie mamrocze na podobieństwo zaspanego dromadera, jak to mu się zdarzało. Kto pragnie, znajdzie tu przeboje – z „Too Good at Goodbyes” na czele. Kto chce – znajdzie subtelne balladki. Dla innych są mroki, dla jeszcze innych nuty nadziei. Wciąż jest to muzyka zbyt jesienna na moje nerwy, ale tak czy inaczej – chapeau bas!

Ocena płyty: