Jordan Rakei “Wallflower”

Jordan Rakei to nie byle kto. Zaczynał w 2014 roku jako anonimowy artysta z Nowej Zelandii. Światu dał się poznać, gdy jedna z jego piosenek trafiła na album „Caracal” duetu Disclosure. Wkrótce potem, nagrał swój pierwszy album „Cloak”. Najważniejszym atutem wokalisty była wtedy swoista bezpośredniość, bezpretensjonalność. Jordan nie zadziwiał skalą głosu, nie eksperymentował, ale spokojnie, bez pośpiechu opowiadał historie „z życia wzięte”. Swą muzykę kierował do ludzi prostych, a zarazem dojrzałych, wrażliwych. I o nich też śpiewał. Dzisiaj nic się nie zmieniło.

Jordan nadal nieco pozuje na intelektualistę i nadal potrafi zauroczyć.

Album „Wallflower” jest świetną płytą, co nie znaczy jednak, że deklasuje debiutancki „Cloak” z roku 2016. Jordan Rakei został po prostu (ponownie) zauważony. Utwory na płycie to romantyczne piosenki z eterycznymi wokalizami i leciutką elektroniką, brzmiące jak muzyka zasłyszana we śnie. Nieuchwytne i ulotne, wyśpiewane aksamitnymi ustami Jordana, kompozycje z „Wallflower” oferują wiele niezwykłych, oryginalnych doznań.

Już w pierwszym utworze „Eye To Eye” Jordan przedstawia swoje muzyczne credo. Żadnej ideologii, po prostu dobre granie, prosto z serca. Dla znających dobrze jego dotychczasową twórczość album jest miłą niespodzianką. Cały czas słyszymy Jordana, jakiego do tej pory lubiliśmy najbardziej – bez udziwnień, bez kombinacji, pełnego pasji, energii, momentami melodyjnego, ale nie popowego.

Wallflower” to zestaw przyjemnych, miło kołyszących kompozycji. Słychać, że w czasie nagrywania płyty w głowie Jordana kłębiły się różne myśli i różne brzmienia. Od spokojnego i ciężkawego, poprzez bardziej akustyczne („Lucid”), do nieco bardziej eksperymantalnego („May”). Przy okazji, okazuje się, że jazzowa konfekcja znacznie lepiej buja niż awangardowe poszukiwania, które dziś mało kogo interesują.

Osobną ciekawostką jest w muzyce Jordana sposób traktowania czasu: wszystko jest tu powolne, ospałe i płynne, frazy przelewają się nieśpiesznie, nawet jeśli towarzyszy im nieustannie nie kończąca się pulsacja… „Clues Blues” najpełniej objawia wszystkie cechy tej muzyki, ale nie brak też na albumie utworów wyróżniających się. Funkowe „Nerve” – bujającą energią. Ozdobione partią gitary akustycznej tytułowy „Wallflower” i pełny zadumy „Hiding Place” – balladową nostalgią.

Wallflower” to po prostu 11 klimatycznych piosenek na dużo więcej klimatycznych jesiennych wieczorów.

Przeciwnicy będą zapewne twierdzić, że płyta jest rozwlekła i mało się na niej dzieje. Zwolennicy, do których zaliczam również siebie, stwierdzą, że to najbardziej urzekające 11 utworów tej jesieni. Jordan Rakei okazał się mistrzem nastroju.

Ocena płyty: