“Zauważam ten trend w środowisku jazzowym…” – wywiad z Dorotą Piotrowską

Dorota Piotrowska to polska perkusistka i kompozytorka, mieszkająca w Nowym Jorku. Na nowojorskiej scenie jazzowej znana jest z kompozycji, które obejmują nowoczesne motywy zakorzenione w tradycyjnych rytmach. Jej zespół jest żywą mieszanką muzyków łącząca neo-bop i wpływy muzyki latynoskiej z odniesieniem do tańca i literatury. W roku 2015 Dorota rozpoczęła współpracę z polską legendą muzyki soul Ewą Urygą. W listopadzie 2016 nagrała album w Studiu Polskiego Radia razem z Markiem Soskinem i Luquesem Curtis. Wraz z zespołem występowali na festiwalu Komeda Jazz, Jazz Od Nowa, w Filharmonii Kaliskiej i Śląskiej.

Już 7 października wystąpi w ramach Sopot Jazz Festival!

Rozmawiałyśmy trzy lata temu tuż po koncercie Jeremy Pelta w Łodzi, któremu towarzyszyłaś  między innymi z Dominikiem Wanią…

To były owocne lata podczas których pracowałam nie tylko nad swoją muzyką, ale łączyłam siły i talent z innymi muzykami. W Polsce nagrałam płytę koncertową w Polskim Radiu z Ewą Urygą, która czeka na swoje wydanie w niedługim czasie. W NYC współpracowałam między innymi z wiolonczelistką Niokią Workman, córką Reggie Workmana. Nagraliśmy płytę jako Mod Squad  Sate of the Union z eksperymentalną muzyką na trąbkę wiolonczelę, gitarę i perkusję w amerykańsko – afrykańsko – polskim składzie. Niedługo wybieramy się do Szwajcarii, a owocem tego pobytu będzie nasza kolejna płyta. W marcu przyszłego roku w NYC wchodzę do studia, by nagrać swoją pierwszą solową płytę. Termin w studiu już zabukowany. Również uczyłam.

Obecnie jesteś w Polsce…

Będę w Polsce coraz częściej. Czuję potrzebę zapuszczenia korzeni, związania się z konkretnym miejscem. Jestem trochę zmęczona życiem w Nowym Jorku. Nagranie płyty będzie pewnie symbolicznym zamknięciem mojego stałego pobytu w tym mieście. Poza tym zaręczyłam się i wspólnie z narzeczonym podjęliśmy decyzję, że Polska będzie naszym domem. Tu czuję się lepiej. Mam swoją rodzinę i przestrzeń wokół siebie na muzykę i tego co dalej chcę robić w życiu. Rok temu po długich staraniach otrzymałam w USA wizę dla artystów, ale już wtedy zrozumiałam, że Nowy Jork nie ucieknie z mojego życia. Mam tam swoją bazę, kontakty i przyjaciół. Po nagraniu płyty czeka mnie mastering i promocja. Szykuje się wiele powrotów do Nowego Jorku.

Grasz coraz częściej w Europie, podobnie jak amerykańscy muzycy. Wystąpiłaś w Łodzi podczas przyznania nagród Grand Prix Jazz Melomani w Łodzi w czerwcu tego roku z żeńskim kwartetem Sisters in Jazz.

Pierwotnie zespół Sisters in Jazz założyła niemiecka saksofonistka Nicole Johanntgen. Zagrałyśmy między innymi na w Niemczech, Szwajcarii i podczas Ystad Jazz Festival co dokumentuje nasza koncertowa płyta. Niedawno pojawiła się możliwość zagrania kilku koncertów w Polsce i na Ukrainie. I choć zespół znacznie różni się od początkowej formy to jego obecny skład (japońska pianistka, włoska kontrabasistka, amerykańska saksofonistka) osadzony w amerykańskiej, swingowej tradycji znacznie rozszerza granice brzmienia i znaczenia jazzu. Zarówno dla nas grających jak i dla publiczności.

Słuchasz na żywo współczesnego jazzu w najlepszym amerykańskim wydaniu. Jakie są Twoje spostrzeżenia na temat kondycji jazzu w NYC?

Mam wrażenie, że zapanował zastój i wtórność. Brakuje świeżego powiewu, który odkurzyłby ten bezruch. Słychać muzykę inspirowaną gospel i elektroniką jaką znamy w wykonaniu Roberta Glaspera albo tradycję kierującą się w stronę free jazzu. Brakuje przełomowych nagrań, artystów. Chodząc na kolejne koncerty na przykład do Smalls czy Zinc Bar mam uczucie, że wszystko już miało miejsce. Opieramy się na znanych harmoniach i dźwiękach. Gramy ciągle w konserwatywnych składach. Doświadczając tych zjawisk szukam jednocześnie od nich dystansu, aby uniknąć podobnych rozwiązań na swojej płycie.

Kontynuujmy temat…

Płyta na pewno połączy moje kompozycje, które żyją własnym życiem w internecie, ale nie ukazały się dotychczas z moim teraźniejszym punktem widzenia, sposobem pracy nad muzyką. Doświadczeniem zwrotnym było dla mnie spotkanie w kobiecym kwintecie ze wspomnianą już Nioką Workman i Malą Waldron (córka Mela Waldrona), w którym główna aranżacja została rozpisana na wiolonczelę i skrzypce. To w moim mniemaniu przeniosło środek ciężkości w inną, ciekawszą stronę. Podobną inspiracją była dla mnie płyta Grega Osby Symbols of Light dlatego jestem zaszczycona i szczęśliwa, że moja płyta wyjdzie pod skrzydłami Inner Circle Music. Poza tym chciałabym, aby na płycie zagrały ze mną bliskie mi osoby, z którymi od lat współpracuję, dobrze się czuję na scenie bądź są moimi przyjaciółmi. Z podobnych kolaboracji tworzą się najlepsze płyty, w których jest serce.

Niedługo Sopot Jazz Festival, w czasie którego wystąpisz w dwóch odsłonach…

Jako współliderka z saksofonistą Samem Newsonem, który jest dla mnie muzycznym magikiem.  Poszukującym możliwości instrumentu, którym jest saksofon sopranowy. Sam posiada własny język, ale stara się dotrzeć do publiczności nie tylko od technicznej strony. Tak Go odbieram, kiedy z nim gram i doświadczam jako człowieka. Następnie wystąpię jako sidemanka w kwartecie flecistki Tali Rubinstein. Zagram swoje kompozycje jak i Sama. Będę miała ogromną frajdę tworzyć muzykę z ciekawymi ludźmi i pokazać swoje umiejętności.

Sopot Jazz Festival wyróżnia się od innych jazzowych festiwali choćby odmienną selekcją artystów, których poznaje publiczność. To sięganie po nowe możliwości, które podkreślą coraz silniej w jazzie kobiety.

Zauważam ten trend w środowisku jazzowym. Na przykład wspominana wcześniej saksofonistka Nicole organizuje warsztaty dla improwizujących kobiet pod nazwą Sofia. Dla lata temu w Zurychu, byłam ich uczestniczką i poza muzyczną wymianą doświadczeń, zajęciami z promotorami, innymi artystami i koncertami zauważyłam jak wiele kobiet posiada silną wizję jazzu, techniczne możliwości włącznie z umiejętnością przywództwa, prowadzenia zespołów w konkretnym kierunku. Męski świat jazzu musi się trochę odmienić. Patrząc z mojej perspektywy, jedna kobieta w zespole wiele zmienia muzycznie i relacyjne.

A czy pojawiając się na scenach nowojorskich klubów spotkałaś się z sytuacją, w której wymagano od Ciebie jako kobiety więcej?

Tak. Kiedy Dotarłam do NYC byłam jedyną perkusistką. Pojawiły się koło mnie nieliczne kobiety jak saksofonistka Camille Thurman, ale czułam presję. Patrzono na mnie spod byka i wiedziałam, że nie mogę zagrać źle, bo nie dostanę drugiej szansy. Po kilku miesiącach sytuacja się zmieniła, bo mnie po prostu zaakceptowano. Zresztą najgorsze zmagania muzyk przechodzi sam z sobą i nie powinny go dziwić podobne zdarzenia. Trzeba mieć swoją własną poprzeczkę, drogę do pokonania i nie patrzeć na boki.

Czekamy na koncert w Sopocie. Do zobaczenia 7 października!

Rozmawiała: Vanessa Rogowska