Tricky “Ununiform”

Z dołów, w jakie przez ostatnich kilka lat Tricky sam się wpędzał, bądź bywał wpędzany, można by wybudować arcyciekawą krainę geograficzną. Całą grubo poniżej poziomu morza. Ale Tricky wynurzył się i wraca. Zrobił coś, co się nazywa „Ununiform”.

Płytę, którą już obwołano wielkim powrotem Wielkiego Tricky’ego.

tricky new album 2017

Wraca w momencie, gdy już wiele ma za sobą. Znalazł sobie swój styl, wie czego chce, ma pozycję, ma autorytet. Zaprasza do współpracy całe mnóstwo ludzi, bo wie, że i tak nikt go nie zdominuje. Przez trzy ostatnie dekady artysta w imponującym stylu dawał muzycznemu światu wytyczne co do kierunku, w jakim ma ewoluować i tym samym zaklepał sobie wyjątkowe miejsce w panteonie dźwiękowych wizjonerów. Kameleon, który zawsze wie, co w trawie piszczy, więc wszystkich wyprzedza o krok. Jest ikoną, szamanem muzycznej kreacji, który na oczach milionów wielbicieli pisze własną wersję biblijnej Księgi Przemian.

Produkcje Tricky’ego, w przeciwieństwie do zakalców popełnianych hurtowo przez jego rówieśników, wciąż frapują. „Ununiform” to 40 minut solidnej, znakomicie zaaranżowanej muzyki. Rasowe, triphopowe numery („It’s Your Day”) zestawiono tu z przejmującymi balladami („Blood of My Blood”). Tricky’emu po raz kolejny udała się sztuka stworzenia inteligentnego, postmodernistycznego melanżu. Jest to bodaj najbardziej spójny i melodyjny album od czasów „Maxinquaye”. Trip hop też na niej jest, ale nie przez cały czas i w bardzo różnych postaciach. Tricky zdążył na tyle mocno utrwalić w głowach fanów swój mroczny image, że teraz z kolei nie spodziewali się, że nagra tak przystępną płytę jak „Ununiform”.

Jak to u Tricky’ego bywa, wśród elektroniki jest sporo żywego grania, a jeszcze więcej śpiewania. Tyle klimatów, tyle brzmień, tyle pomysłów. I tylu gości – po latach przerwy na albumie Anglika ponownie usłyszymy wspaniałe głosy Martiny Topley-Bird i Franceski Belmonte. Trudno znaleźć utwory nie radiowe. Mniej przystępny i bardziej niepokojący jest może „Dark Days”. Ale łatwo go zrównoważyć za pomocą „Wait for Signal” – czymś, co ma linię melodyczną, jak piosenka dziecięca, ale oszczędny i psychodeliczny podkład służy za skuteczne antidotum na infantylizm. Zresztą kontrasty i lekkie prowokacje są na „Ununiform” codziennością. Za takie należy chyba uznać obecność rosyjskich producentów i raperów, z którymi Tricky nagrał cztery utwory.

Na albumie znalazła się też przeróbka „Doll Parts”, utworu Courtney Love i jej grupy Hole. Nie dlatego, że fajnie mieć na płycie numer znanego wykonawcy – dla Tricky’ego Courtney Love to ktoś więcej niż znany artysta. Jest jej gigantycznym fanem. „To ona sprawia, że chce mi się myśleć” – mówi.

Z tego myślenia wynika między innymi, że Tricky nie dał się pożreć elektronice. Człowiek często wpada w ramiona maszynom, gdy ma dość kompromisów. Takich, do których zmuszają koledzy z zespołu, takich, jakie rodzą się z ograniczeń brzmieniowych określonego instrumentarium. Takim człowiekiem na pewno nie jest Tricky. Nigdy nie był typem elektronika-samotnika, zawsze lubił mieć obok siebie ludzi. Na „Ununiform” odtworzył istotę zespołowego grania, dzięki czemu, nie wydaje się wystającym o kilka długości przed szereg guru, a integralną częścią kolektywu. Orkiestra gra więc wybornie. Jednym z najlepszych fragmentów płyty jest, osobliwie nawiązujący do geniuszu niezapomnianego „Hell Is Round The Corner”, „The Only Way”.

Na koniec kilka słów o tekstach. Przeważają refleksyjne opowieści o przemijaniu oraz stracie chwil i miejsc, ale mają one budujący wymiar. To zbiór przeżyć i wspomnień, pisanych z perspektywy mieszkańca Berlina, w którym to mieście mieszka Tricky od trzech lat. Poznał żyjących tam ludzi, specyfikę tej metropolii i dlatego duch tego miasta jest na całym albumie, tak wyraźnie obecny. Płyta jest próbą oddania stanu emocjonalnego i w tym aspekcie ma wymiar nieco „kafkowski”. Tricky wydaje się znajdować całkiem sam w obcym mieście, w którym zielsko zarasta już chodniki. W świecie zwariowanych przemian i gonitwy informacji człowiek czuje się zupełnie poza nawiasem, jakby nie nadążał za miejscami, w których wciąż mija go coś ważnego.

Ocena płyty: