Lana Del Rey “Lust For Life”

Lana Del Rey zna nas na wylot, przefiltrowała przeciętnego słuchacza w tę i z powrotem – co wykorzystuje robiąc dobrze zarówno jemu jak i sobie. Bez żenady odpowiada na zapotrzebowanie. Bez poczucia obciachu sięga po wszystko to, czego konsument muzyczny tak naprawdę pragnie, a czego inni artyści często wstydzą się konsumentowi dać.

Kiedy w grę wchodzą tak poważne pieniądze, nic nie jest pozostawione przypadkowi. Jeżeli wiemy, że przy powstaniu płyty będą pracowali najwybitniejsi producenci, kompozytorzy i aranżerzy, to najciekawszy wydaje się dobór materiału. Na „Lust For Life”  brakuje muzycznych szaleństw mogących zaspokoić nieco bardziej wybredne gusta. Ta płyta ma zaistnieć na rynku, a nie szokować. Lana śpiewa i cierpi w wyśpiewywanych ludzkich dramatach, jak należy.

Lana-del-Rey-Lust_for_Life

Album współprodukowany przez Ricka Nowelsa wyraźnie dryfuje w stronę dream popu, prezentowanego w elektronicznej aranżacji. Lanie udał się nie lada majstersztyk – wyssała energię z Nowelsa niczym wampir, zbliżywszy się klimatem do jego radiowych produkcji, nie pozostawiając zarazem wątpliwości, czyja to płyta. Nie można jej nawet nazwać eklektyczną, to konwencje dostosowują się do wokalistki, a nie ona do nich. Niezależnie bowiem od tego, czy towarzyszy jej elektronika, hiphopowy skład czy pojedyncza gitara kompozycje czarują melodyjnością.

Lust For Life” urzeka przede wszystkim klimatem. Gitary raz jazgoczą, tu i ówdzie przymglone przez nienachlane, klawiszowe plamy. Innym znów razem dźwięki płyną wolno i leniwie, kontrowane przez mocniejsze uderzenia perkusji. Lana Del Rey w roli wokalistki dysponującej charakterystycznym, „słodko-gorzkim” głosem jest dramatyczna, liryczna i przejmująca zarazem. Nad wszystkimi utworami – także za sprawą tekstów – unosi się klimat szczególnej melancholii, poczucia alienacji, lęku, rezygnacji, wreszcie samotności jako ucieczki przed bezwzględnym światem. Co ciekawe, album, utrzymując na całej rozciągłości wysoki pułap artystyczny, ma wszelkie cechy komercyjnego przeboju. Wróżę, że co najmniej połowa zebranych na nim utworów ma szansę stać się koncertowymi hitami.

Jaka jest więc płyta „Lust For Life”? Czasami jest jak gorzka pigułka, placebo na ludzką niemoc („Coachella – Woodstock in My Mind”), przejmujący głos w obliczu obecnej sytuacji politycznej w Stanach Zjednoczonych („When the World Was at War We Kept Dancing”). Chwilami ewokuje eteryczne wspomnienia rock’n’rolla, który mógł zmienić świat („Tomorrow Never Cames”), innym razem obraca się w oczekiwania podkarmiane miłością („Love”).

Lust For Life” to światowa ekstraklasa pamiętająca jednak o tym, że ludziom najbardziej podobają się te piosenki, które już kiedyś słyszeli. Po prostu prawie każdy numer jest zrobiony tak, żeby się wydawało, że już go znamy. Bo takie melodie, bo pojawiają się wersy, które choć niezbyt odkrywcze, to trafiają w sam środek emocji wrażliwej jednostki. Niektórym mogą wydawać się odgrzewanymi kluchami, innym wprost wymarzoną relaksującą muzyką. Tych drugich na świecie jest więcej, nie zdziwi więc fakt, że płyta odniesie kolejny, zasłużony platynowy sukces.

Ocena płyty: