Boso przez bossanovę – koncert Ive Mendes w Krakowie

Tak, to musiało być jakieś dziesięć lat temu. „Natural High” usłyszałem pierwszy raz w radiu… I nie mogłem w nocy spać. Ciepły, pobrzmiewający melancholią głos w eleganckiej, balladowej konwencji. Panie i Panowie, proszę zajmować miejsca – koncert Ive Mendes.

Urodziła się w brazylijskim Ceres. Dziewczynką będąc śpiewała w kościelnym chórze oraz uczyła się gry na pianinie. Po ukończeniu studiów, wróciła w swoje rodzinne strony i zdecydowała się zająć muzyczną karierą. Z takim głosem musiało się udać, prawda? Do Londynu przeniosła się w 1999 roku. Tu poznała Robina Millera – producenta płyt Sade. Dzięki jego pomocy podpisała kontrakt z dużą wytwórnią i… zaczęło się.

Po 14 latach ma na swym koncie tylko trzy płyty. Tylko, ale za to jakie! Nazwanie jej królową współczesnego Nu-Brazil to zbyt duże uproszczenie. Wychodząc od jazzowych i soulowych inspiracji włącza w swoje brzmienia także bossanovę, smooth jazz i pop. Wychodzi z tego mieszanka jedyna w swoim rodzaju, necechowana kobiecą wrażliwością i ogromną część tej wrażliwości przekazująca słuchaczowi.

Jak bardzo niezwykłe jest to brzmienie mogliśmy się przekonać 25 czerwca, podczas krakowskiego koncertu, zorganizowanego w ramach Letniego Festiwalu Jazzowego/ICE Jazz. To był koncert, ujmujący atmosferą niesamowitej bliskości artystki, intymności. Zaśpiewany i zagrany poprawnie, z niesamowitym ciepłem płynącym ze sceny i spojrzeniami, kierowanymi jakby do każdego ze słuchaczy osobno. Z możliwością otarcia się o to wszystko, co składa się na rozgrywające się na scenie misterium.

Na otwarcie zaserwowała „The Girl From Ipanema”. I od razu uderzył ten nastrój, to niesamowite brazylijskie ciepło. Palące, ale orzeźwiające. Ten porywający splot wszystkich zmysłów. Marzenia spełniły się. Objazdowy Teatr Marzeń zawitał i do nas.

Skład zespołu towarzyszącego stanowił w pewnym sensie wizytówkę twórczości Ive Mendes. Znaleźli się w nim muzycy, którzy stanowią o eklektycznym obliczu muzyki artystki: doświadczeni muzycy z Brazylii, Portugalii, Wielkiej Brytanii oraz kwartet smyczkowy z Polski.

Jak grali? Wspaniale! Dominowały kompozycje w klimacie bossanovy, ze szczególnym uwzględnieniem ostatniej płyty „Bossa Romantica”. Koncert udowodnił, że arcydzieła brazylijskiej muzyki sprzed lat wcale się nie starzeją. Nie zabrakło też największych przebojów Ive Mendes z „Natural High” na czele, utworem, którym zdobyła świat.

Podczas koncertu przypomniała też jedną z najpiękniejszych piosenek lat siedemdziesiątych: „Killing Me Softly with His Song” – znaną z repertuaru Roberty Flack, a później Fugees.

Ive Mendes wyglądała zjawiskowo, jak bogini. Bosa i w długiej czarnej sukni na scenie zachowywała się naturalnie, nie „robiła” widowiska, sprawiała wrażenie, jakby śpiewanie przed polską publicznością naprawdę sprawiało jej wielka frajdę. Ive zresztą często zagadywała do publiczności, wszystko po to, by, prawie jak terapeutka, przekonywać o pięknie codziennego życia. Między innymi w taki sposób zapowiedziała „You Make Me Feel Brand New” – jeden z najładniejszych utworów o miłości i najważniejszych wartościach w życiu.

Na „The Look Of Love” przyszło nam czekać aż do bisów, ale warto było. Gdyby podczas koncertu zagrała tylko tę piosenkę, to już by to był mój koncert roku. Do dziś nie mogę uwolnić się od tego utworu, zawsze robi na mnie takie samo, ogromne wrażenie. Mistrzostwo świata… w swoim gatunku. A przecież pojawił się jeszcze niepowtarzalny „Besame Mucho”, świetnie kołyszące „Night Night” czy bardzo osobisty „If You Leave Me Now”. Owacje na stojąco… znaczy nie tylko mnie złapało.

Koncert pozwolił na dwie godziny odpocząć od doskonałych, ale często bezdusznych superwystępów, jakimi raczy nas zachodni biznes muzyczny. To tylko koncert, tylko Ive Mendes, ale… to niezwykłe wrażenia, wspaniała podróż w świat uczuć wrażliwego człowieka, który chce nam wiele powiedzieć. Nie nachalnie, raczej delikatnie, oszczędnie, ale tak, ze chcemy słuchać i myśleć. Znaczy ja chcę, ale wam też polecam.

Po koncercie spotkanie z fanami. Miły gest, którego artystka przecież nie musiała wykonywać. Gest świadczący o tym, że Ive Mendes jest tak normalna, spontaniczna i fajna jak jej muzyka.