Gregory Porter “Live in Berlin”

Nareszcie na żywo! Nareszcie, bo – przy całym szacunku dla perfekcjonizmu nagrań studyjnych – Gregory Porter i jego znakomity zespół generują na koncertach nieprawdopodobną energię. Na „Live in Berlin” jest ona obecna w każdym takcie i w każdej pauzie, bo nie brak na albumie przestrzeni, czasami tak ważnej jak same dźwięki. Podporządkowana zbiorowej improwizacji jest to jednak wizytówka wokalisty, który w szlachetnym stylu podsumował najbardziej imponującą karierę jazzowo-soulowej sceny muzycznej ostatnich lat.

gregory porter-live-berlin-cover

Wbrew zapowiedziom nie jest to wybór „Greatest Hits” w wersjach na żywo, ale to dobrze. Album potwierdza tezę (są takie, które jej nie potwierdzają), że koncert ma przewagę nad najlepszą płytą studyjną. Gregory Porter postanowił wykorzystać szansę, jaką stworzyło mu powodzenie jego albumu „Take Me to the Alley” i sprezentował nam brawurowy program piosenek odśpiewanych przed rozgrzaną berlińską publicznością.

Fantastyczni muzycy grają w wielu innych formacjach, ale współpraca z Porterem wyzwala w nich to, co najlepsze. Sposób gry Tivona Pennicotta na saksofonie tenorowym jest absolutnie niepowtarzalny – o gęsto splecionej fakturze, a zarazem olśniewającej rześkości. Wraz pianistą Chipem Crawfordem, perkusistą Emanuelem Harroldem i kontrabasistą Jahmalem Nicholsem tworzą niezwykle zgraną sekcję melodyczną. Ekspresję ich wypowiedzi uwypukla niezwykle dynamiczna i precyzyjna jak chronometr rytmika. W muzyce zespołu nie chodzi o popis wirtuozerii, czy dominację instrumentu, lecz zbieżność fraz z ruchem, tańcem i przekazem energii.

Zdarza się często, że skromne gremium muzyków przeintelektualizowuje swoje granie, aby tym samym kompensować ograniczenia wynikające z ubogiego instrumentarium. W tę pułapkę nie wpadli na szczęście panowie towarzyszący Porterowi grając spontanicznie, ale nie chaotycznie, prosto, ale nie bez emocji i finezji. Momentami trudno uwierzyć, że muzykę wykonuje tylko czterech muzyków. Duża w tym zasługa perkusisty, dzięki którego grze, jak choćby w „Work Song / Drum Solo”, można dostać gęsiej skórki.

Sam Porter w świetnej formie, to leciutko, to zawadiacko opowiada bajki swoim głosem. Wejścia ma delikatne, a rozkręca się w trakcie solówek zbudowanych najczęściej w formie gospelowego dialogu: pytanie – odpowiedź. Na koncercie zaśpiewał głównie własne kompozycje, wśród których wyróżniają się porywające „Holding On”, „Take Me To The Alley”, „Hey Laura” oraz przewrotnie potraktowane „Papa Was A Rolling Stone”. Porter śpiewa czystym i wzruszająco ciepłym głosem, bez humorystycznych ozdobników, pokazując, że doskonale zna tradycyjne podejście do sztuki wokalnej, a że czasem eksperymentuje, wzbogaca to, a nie zuboża jazz.

Z ręką na sercu trzeba przyznać, ze najnowsza płyta Gregory Portera nie przynosi rewolucyjnych zmian stylistycznych, natomiast w sensie wykonawczym nakręcił on machinę muzyczną na najwyższe obroty. Dla fanów wokalisty jest to czysta poezja, dla pozostałych – jeszcze jedno świadectwo klasy artysty, który będąc już historycznym, na szczęście jeszcze nie „przeszedł do historii”. Może się nie znam, ale wyczuwam tu kandydata do bestselleru. Koncertowe 2 godziny to znakomity popis znakomitego wokalisty w bardzo wysmakowanym repertuarze.

Ocena płyty: