“Opowiadam historie” – wywiad z Gregorym Porterem

Nie pytaliśmy Gregory’ego dlaczego nosi taką śmieszną czapeczkę. Nie pytaliśmy też o jego karierę futbolową ani nawet dlaczego chodzi w garniturach. Rozmawialiśmy za to o muzyce, emocjach, współczesnym jazzie oraz o Maxie Roachu i Abbey Lincoln, których obecność w czasie rozmowy była wręcz namacalna.

W kwietniu wystąpisz w Łodzi na koncercie promującym Twoją ostatnią płytę “Take me to the Alley”. Wydaje mi się, że to Twoje najbardziej osobiste nagranie. Jak się z tym wszystkim czujesz pół roku po wydaniu albumu? Nie zdradziłeś przypadkiem zbyt wiele sekretów?

To, co jest na tej płycie to po prostu moje ludzkie emocje, uczucia. Masz rację kiedy mówisz, że ten album jest bardzo osobisty, w końcu jego energia, a także muzyka i teksty dotykają moich relacji zarówno obecnych jak i przeszłych. Między innymi  z moją matką czy synem. Ale to nie tylko to. Jest tu też subtelny element protestu, choćby w tytułowym utworze „Take me to the Alley”, gdzie śpiewam o potrzebie pochylenia się nad losem tych, którzy zmagają się z różnymi problemami, jakiekolwiek by one nie były – alkoholizm, bezdomność, bieda. Z samej muzyki jestem zadowolony. Zresztą – zdobyła uznanie, pozytywne recenzje, nominację do Grammy. Chyba mam prawo być szczęśliwy. Myślę, że moją rolą w jazzie jest dostarczanie emocji, bardzo ludzkich i namacalnych.

Moją ambicją nie jest tworzenie muzyki, która okaże się przełomowa i zmieni kierunek rozwoju poszczególnych gatunków (np. w zakresie kompozycji). To, co staram się robić to opowiadać ludzkie historie, takie które trafiają do wielu i mają cudowną zdolność  łączenia. Nawet tych, którzy nie słuchają jazzu na co dzień z doświadczonymi miłośnikami tego stylu. Dla mnie najważniejsze są emocje. I przez ten pryzmat patrzę na jazz– zupełnie jak wtedy, gdy słuchałem go jako dziecko. Przez cały ten czas, który minął od tamtej pory najważniejsze dla mnie jest to, że w ogóle się nie zmieniłem. Pozostałem sobą.

Mówisz o mostach. Wydaje się, że współczesny jazz desperacko ich potrzebuje.

W momencie, w którym zadzwoniłeś słuchałem Maxa Roacha i Abbey Lincoln. Uwielbiam tę muzykę absolutnie, ale obiektywnie rzecz biorąc należy już ona do przeszłości. Korzenie jazzu są potężne i naprawdę solidne, głębokie.  I to w pewnym sensie jest oczywiste dla wszystkich i nikt nie musi specjalnie tego podkreślać. Obecnie jednak potrzebujemy kontynuacji. Współczesnego głosu, który sprawi, że historię jazzu nadal się opowiada. To jedyny sposób, żeby jazz wyszedł ze swojej lekko zakurzonej niszy.

A czy muzyka może zmieniać ludzi? Wspomniałeś o zaangażowaniu społecznym jakie jest udziałem Twojej muzyki. Pytanie czy faktycznie piosenki takie jak „Take me to the Alley” czy  mówiąca o nierównościach „Fan the Flames” są zmienić postawy i nastawienie ludzi?

Pozwolisz, że znowu zacznę od Maxa Roacha i Abbey Lincoln. Kiedy ich przed momentem słuchałem, zastanawiałem się skąd bierze się niezwykła siła tej muzyki. Przez te wszystkie lata kiedy mi towarzyszy bardzo na mnie wpłynęła i myślę że, sprawiła że jestem kimś nieco innym. Można więc powiedzieć, że najlepszym dowodem na moc muzyki, o której mówisz jest już samo moje doświadczenie. Dodajmy do tego fakt, że ludzie najczęściej słuchają określonych dźwięków, bo reprezentują one to, co dla nich ważne i bliskie. Piosenki takie jak „Fan the Flames”, „No Love Dying”, „Liquid Spirit” czy „Take me to the Alley” mają szansę trafić do ludzi, którym bliskie jest ich przesłanie. Ale mogą trafić również do tych, którzy dopiero się nimi zainspirują.  Tak jak muzyka zainspirowała mnie.

Krytycy mówią, że w swoim śpiewaniu łączysz skrajne pierwiastki – niesłychaną energię z delikatnością. Niczym dynamit z jedwabiu. Ale to, co wydaje się mi najważniejsze to sposób interpretacji. Zawsze śpiewasz ze zrozumieniem. 

Jeśli mogę odnieść to, o czym śpiewam do któregoś z moich przeżyć czy doświadczeń, to myślę, że jestem w stanie nadać wykonaniu o wiele większą siłę emocjonalną, dostarczyć tekstowi dodatkowych cieni i znaczeń. Teoretycznie jest możliwe śpiewanie abstrakcyjne, bez doświadczenia i przeżyć. Sam takie uprawiam np. w czasie swoich ćwiczeń. Najważniejsze jednak, żeby piosenka była autentyczna. W moim przypadku udaje się to zrobić za pomocą emocjonalnego przekazu i historii, którą opowiadam.

Masz naprawdę fantastyczny zespół. Z większością członków składu jesteś od samego początku. Wydaje się, że tworzycie niezwykle zgrany skład. Powiedz mi jak Wam się razem pracuje. Jak wygląda proces twórczy?

Cały proces zaczyna się ode mnie. Układam początkową wersję utworu, a potem pędzę z nią do mojego pianisty Chipa Crawforda, który przekłada moje pomysły w bardziej zorganizowaną strukturę. Potem gdy całość leci już do zespołu, zależy mi na tym, żeby wszyscy dodali do tego cząstkę swojej osobowości –  swojego muzycznego DNA. Tak w skrócie to wygląda. Tak powstaje nasz kolektywny sound. Myślę, że jak słuchasz mojego nagrania lub jakiegokolwiek koncertu, to naprawdę brzmi to jak zespół!

Ważną częścią zespołu jest także Twój producent– Kamau Kenyatta. Podobno posiadł on niezwykłą zdolność wyciągania z Ciebie tego, co najlepsze. 

Ta zdolność polega na słuchaniu. Najczęściej więc po prostu słucha tego, co robię i potrafi momentalnie wskazać to, co jest w tym najlepsze. Po prostu we właściwych momentach krzyczy: “Gimme some more of that!”. Nie sugeruje więc co mam robić, ale raczej co powinienem w tym, co robię wyeksponować. Najbardziej cenne jest to, że nigdy nie chciał mnie zmienić oraz to, że to właśnie on namówił mnie do pisania piosenek. I to znów bez silnych sugestii. Po prostu co chwilę mawia: pisz, pisz. Albo pyta: Co tam teraz piszesz? Nad czym pracujesz? Co będzie na nowym albumie? I to na mnie działa.

Co więc planujecie stworzyć następnym razem?

Na razie słucham, wspominam, obserwuję. Przyglądam się mojemu otoczeniu. A ostatnio nim stał się cały świat. Bacznie też przyglądam się polityce, sprawom społecznym. Na razie nie mam żadnych planów czysto muzycznych. Tyle, że mam zamiar współpracować z jedną orkiestrą, ale na razie wolałbym więcej nie zdradzać.