Eric Benét “Eric Benét”

Kiedy myślę o relaksującym i porządnym soulu to od razu pierwszy na myśl przychodzi mi Eric Benét. Doskonale wiem dlaczego. Posiada on całe zaplecze misternie uporządkowanych walorów muzycznych, którymi perfekcyjnie żongluje. Przeszłość naszpikowana jest takimi hitami Beneta jak „Spend my life with you” w duecie z Tamia, „I wanna be loved”, „Youre the only one”, „Real love”, moje ulubione „Sometimes I cry”… mógłbym tak wymieniać aż skończy się cała jego dyskografia. Czekając na nowy album czułem delikatny strach, bo jak widać po tytułach motywem przewodnim jest amerykańska, lukierkowa miłość i wszystkie jej aspekty. Ale ile można…

Można. W przypadku Erica Benéta nie przeszkadza ckliwość i nadmiernie romantyczne uniesienia, a nowa płyta jest ich znów pełna. „Sunshine”, „Insane” czyli dwa pierwsze single promujące album posiadają wszystkie te składowe. Absolutnie nie pisze tego z sarkazmem. Teksty piosenek są adekwatne do tego co i jak prezentuje swoim stylem Eric. Styl ten to iście czuły i uroczy soul pełen falsetów, podjazdów, zmysłowych zwrotek i jakże melodyjnych refrenów. Tu właśnie tkwi puenta. Dobytek wokalisty, kompozytora, tekściarza, aranżera, producenta utkany jest melodiami, które gdy zakradną się do ucha to już z niego nie wychodzą. Jestem szczerze pełen uznania, bo to już 8 płyta, która będąc nieprzerwanie kontynuacją wypracowanego stylu zyskuje akceptację i poklask. Dzieje się tak wtedy gdy artysta nie działa pod presją. Nie jest wyprodukowaną zabawką podaną na złotym talerzu. Autentyzm i lojalność samemu sobie zawsze zyskuje poparcie. A kiedy idzie za tym wielki talent do pisania piosenek i jeszcze większy talent do ich wykonywania to już musi narodzić się sukces.

Album otwierają same hity. „Can’t tell you enough” oraz obydwa single zaprezentowane już światu, z których „Insane” ze swoim iście filmowym teledyskiem zyskał ogromny rozgłos za oceanem, gdzie Eric jest już głęboko zakorzeniony w spisie muzycznych gigantów.

Kto ma ochotę na trochę szaleństwa może spokojnie wykorzystać „Cold trigger” oraz „Holdin’On” na niejednej imprezie, pląsy murowane! Ci co szukają natomiast romantycznych spokojnych uniesień będą usatysfakcjonowani do granic możliwości. Zmysłowy głos, rozwiane skrzypce, ciężki bas i zamszowe chórki to menu zawarte w „Fun and games”, a jego kulminacja drapie w najbardziej wrażliwe miejsca. Miód i mleko to zapach jaki powinny mieć utwory „Floating thru time”, „That day” oraz „Home”. Są to soulowo-popowe propozycje na chwile we dwoje. Takie wiecie… wino, świece i album “Eric Benet”. Polecam wypróbować bo przy tej płycie robi się znacznie cieplej.

Jedyny mój protest to utwór „b”. Latino? Serio? Ale po co? To tak jakby jeść czekoladę a za chwilę przerzucić się na pomidorówkę. Obie są super, ale razem nie do końca dają pozytywne połączenie. Niestety jest to piosenka, którą szybko przełączam i nawet cudne trąbki Arturo Sandovala mnie nie kuszą. Pasuje mi to bardziej do Rickiego Martina albo Glorii Estefan,a to już trochę inna bajka.

Osobną kategorię zostawiam na ostatni kawałek albumu. „Never be the same (Luna’s lullaby)” jest ukłonem w kunszt jaki artysta wkłada w swoje piosenki. Utwór idealny do filmu, najlepiej dobrej animacji. Z założenia kołysanka, która bucha ogniem emocji. Chętny do używania falsetu tutaj wstrzymuje się i zaprasza na iście wyższe doznania w odbiorze. Ot piosenka, która bardzo przemyślanie kończy nagrany materiał.

Nie wiem czy debiutując w 1996 roku Eric Benét miał świadomość, że 20 lat później wyda płytę, która rusza, wzrusza i rozpala tak samo jak… no właśnie… jak każda poprzednia. Tak by z tego wynikało. Szaleństwo. Jeden człowiek a tyle piosenek, które napędzają soul XXI wieku. Polecam!

Ocena płyty: