John Legend “Darkness and Light”

Nowy album Johna Legenda jest mniej więcej taki, jakiego mogliśmy się spodziewać. Tak brzmi współczesny soul najwyższej próby.

Amerykanin to niewątpliwie jeden z fenomenów światowej sceny jazzsoulowej. Od tylu lat uprawia swoje poletko i zawsze owoce jego pracy maja naprawdę dobry smak. Ta płyta także powinna przypaść do gustu zwolennikom wokalisty. A to pewnie także dlatego, że obyło się bez jakichś większych niespodzianek. Po prostu Johna Legenda, do jakiego się przyzwyczailiśmy, znajdujemy na „Darkness and Light”. Trzy kwadranse obcowania z nową płytą na pewno nie jest czasem straconym.

Owszem, jeżeli porównamy najnowsze propozycje, z tym co przed laty przyniosły albumy „Get Lifted” czy „Once Again”, może się okazać, że muzyka zdobywcy Oscara 2015 za najlepszą piosenkę („Glory”) nieco złagodniała. Coraz rzadziej pojawiają się niby-hiphopowe chwyty, aranżacje stały się bardziej dopieszczone, pozbawione dramatyzmu. A jednak wciąż mają one ten indywidualny charakter, wciąż kompozycje z repertuaru Legenda można rozpoznać już po pierwszych dźwiękach. Nawet jeśli pojawiają się gdzieniegdzie elementy przypominające nam, że czasy się nieco zmieniły – jak loop w „What You Do to Me”. Naturalnie wszystko użyte zostało z umiarem.

Zaczyna się od bardzo szczerego wyznania w piosence „I Know Better”, w której muzyk rozlicza swój dotychczasowy dorobek artystyczny, nie zawsze szczery i autentyczny. Dalej robi się pulsująco i funky („Penthouse Floor”), ale po przesłuchaniu w pamięci pozostają przede wszystkim nastrojowe, niesamowicie „klimatyczne” ballady, takie jak „Overload” zaśpiewane w towarzystwie Miguela, „Surefire” czy „Marching Into the Dark”. „Right by You” to cztery minuty, które doskonale przysłużą się wszystkim zakochanym. Czasami zdarza się, że Legend zaskakuje doborem brzmień, typowym raczej dla rocka, a nie soulu. Najpiękniejszym nagraniem jest „Same Old Story”, lekka, delikatnie zaaranżowana ballada, w której Legend jeszcze raz daje dowód swojej ogromnej klasy jako wokalista.

Towarzyszący muzycy grają powściągliwie, z wyczuciem, ale jakby bez ognia. I choć niektórym zdarza się zagrać solówkę, generalnie wszyscy funkcjonują w tych nagraniach jako akompaniatorzy. A gwiazdą jest – zgodnie z ustaloną tradycją – wokalista. Dobrze, że ktoś strzeże tak wspaniałej tradycji.

Teksty koncentrują się na tematyce miłości. John zachęca do traktowania uczucia wedle zasady carpe diem: „Kto cię będzie całował, kiedy odejdę? Będę cię kochał teraz, jakby to było wszystko, co mam. Wiem, że kiedy przyjdzie koniec, zabije mnie to. Nie chcę o tym myśleć. Kochaj mnie teraz” – śpiewa w „Love Me Now”. Zdarza się też Legendowi wspominać bardziej szare odcienie życia, tak jak w piosence „How Can I Blame You”.

Album zawiera muzykę premierową, jednak dwa z zawartych tu utworów sympatycy Johna Legenda powinni już znać. „Love Me Know” to utwór, który John Legend zaprezentował podczas American Music Awards, w listopadzie 2016 roku, zaś funkowo pulsujący „Penthouse Floor” podbija właśnie listy przebojów.

Czy ta płyta zapewni Johnowi Legendowi więcej przebojów? Z pewnością, tak.

Ocena płyty: