Nadciąga Kansas City… – rozmowa z Deborah Brown

Mało kto wie, że Szczecin jest jak Kansas City. A wszystko za sprawą jazzu, który w obu miastach ponoć wyczuwalny jest w powietrzu. Tak przynajmniej twierdzi legendarna Deborah Brown. W listopadzie ukazał się jej najnowszy album zatytułowany „Kansas City Here I Come” nagrany wespół z polskimi muzykami (m. in. Sylwestrem Ostrowskim). Z tej okazji w czasie pobytu wokalistki w Polsce, udało się nam zamienić kilka słów.

Pochodzisz z Kansas City, a w tytule najnowszego albumu ogłaszasz, że się do niego wybierasz. Przyznasz, że to nieco przewrotne.

(śmiech) To jedno z najzabawniejszych pytań, jakie słyszałam. Ale mówiąc serio – ten komunikat powstał pod wpływem polskiej części mojego zespołu, która przyjeżdżała do Kansas, żeby spotkać się ze mną i rozmawiać o albumie. Spędziliśmy tam zupełnie fantastyczny czas! Trzeba pamiętać, że Kansas City to miasto siostrzane Szczecina, więc potem przyszła kolej na mnie. Dla mnie Szczecin jest dokładnie taki jak Kansas, tu i tu kocha się jazz.

To zabawne, bo dla mnie z perspektywy Polaka, Szczecin wydaje mi się bardzo zwyczajnym miejscem, a Kansas City niemal legendarnym.

Kansas City to też zwyczajne miejsce. Czyli mówimy o dwóch zupełnie zwyczajnych miejscach. (śmiech). Ale to, co czyni Kansas City czyni innym od reszty miast są jego związki z kulturą. Na miejscu funkcjonuje około 40 różnych klubów, w których możesz usłyszeć jazz. To chyba więcej niż w jakimkolwiek innym ośrodku, w którym byłam na świecie. Może tylko Nowy Jork może się z tym równać. Ale Szczecin też jest dla tej muzyki miastem ważnym. Macie tu fantastyczny festiwal jazzowy, a także entuzjastyczna publiczność, dzięki której koncerty się wyprzedają. Wracając więc do Twojego pierwszego pytania, „Kansas City Here I Come” to w pewnym sensie gra słów podkreślająca specjalną więź między naszymi miastami.

Zostałaś profesjonalną piosenkarką w wieku 18 lat. Zakładam, że jazzowa atmosfera Kansas miała kluczowe znaczenie dla rozwoju Twojej kariery.

Co było najistotniejsze to fakt, że pochodzę z muzycznej rodziny. Moja mama była klasycznie wyedukowaną pianistką. Była też osobą, która jako pierwsza dostrzegła, że mam głos. Generalnie, były nas trzy dziewczyny i wszystkie razem śpiewałyśmy. A potem było nas jeszcze trzy więcej – ale to już było inne pokolenie. Mój ojciec był od zawsze zakochany w muzyce, ale najbardziej właśnie w jazzie. Z matką zasłuchującą się w muzyce klasycznej i z ojcem entuzjastą jazzu, można powiedzieć, że u nas w domu było wszystko (śmiech)!

A czy scena Kanas od tamtych zamierzchłych czasów mocno się zmieniła?

Przyznaję, że wiele rzeczy wygląda inaczej. Kiedyś muzycy zostawali w mieście dłużej, nawet po kilkanaście czy kilkadziesiąt lat. Dzięki temu naprawdę można było chłonąć jazz, obserwować jego rozwój, patrzeć jak ci sami muzycy występują w różnych konfiguracjach, wychowując przy tym kolejne pokolenia. Dzisiaj, więcej myśli się o wyjeździe. Zresztą, z jazzem jest jak ze wszystkim. To gdzie akurat jesteśmy, zależy od wielu czynników, choćby sytuacji gospodarczej. Były lata naprawdę chude – ale jazz tak naprawdę nigdy nie umarł. Zwłaszcza w Kansas City. Scena istnieje nieprzerwanie, od zawsze są i były tam koncerty jazzowe. Ta muzyka jest żywa, dzięki historii jaką tutaj posiada. Od lat trzydziestych zawsze było tu mnóstwo zespołów, w tym tzw. „territory bands”, które przyjeżdżały do naszego miasta z innych ośrodków. To, co sprawiało że nasze miasto było atrakcyjne dla muzyków była obecność rzeki. Na południe od nas jest Nowy Orlean, a na północ Chicago. Te trzy miejsca to niezwykle silne centra muzyczne. Rzeka umożliwiała transport muzyków między tymi miastami. Tutaj w powietrzu unosi się historia jazzu. Dlatego jest atrakcyjnym miejscem dla muzyków i ci wciąż tu przyjeżdżają. Oczywiście nie bez znaczenia jest fakt, że tu urodził się i dorastał sam Charlie Parker.

Wracając do płyty. Składają się na nią standardy.

Chodziło o powrót do korzeni i wybór naprawdę nieśmiertelnych piosenek. Przecież kiedy myślisz jazz, to to, co przychodzi ci do głowy, to piosenki takie jak „Lullaby of Birdland”. One niosą kawał historii. Ale traktujemy je jak rasowi jazzmani. Czyli bardzo indywidualnie. Jazz jest wtedy, gdy grasz stary numer, ale robisz to po swojemu. Odciskasz swoje piętno, improwizujesz. To sedno całej sprawy.

To chyba trudna sztuka. Zaśpiewać po swojemu coś, co wykonane było już setki razy.

Sprostuję, to są piosenki, które były zaśpiewane nie setki, ale tysiące razy (śmiech). Każdy ma w głowie to jak brzmią i to może być nieco onieśmielające dla młodego artysty, który chciałby się z nimi zmierzyć. Ale jeśli chcesz grać jazz musisz być gotowy na to żeby je zmienić, zagrać po swojemu. Mam nadzieję, i to traktuję jako przesłanie mojego albumu, że młodzi wykonawcy i entuzjaści jazzu, dostrzegą i docenią moją własną interpretację i sposób wykonania tych znanych utworów.