Alicia Keys “Here”

Szósta płyta tej niezwykle utalentowanej pianistki i wokalistki była jedną z najbardziej oczekiwanych premier końca roku. Pierwszy promocyjny występ Alicii Keys z nowymi utworami na deskach słynnego Apollo Theater w Nowym Jorku oglądali nie tylko fani, ale i znane osobistości amerykańskiej sceny muzycznej. W promocję „Here” włączyła się m.in. Emeli Sande.

Praca z kimś, kto miał tak wielki wpływ na rozwój mojej ukochanej muzyki, jest fenomenalnym przeżyciem – zachwycała się Sande.

alicia-keys-here-2016

Solowy album czekoladowej piękności jest niewątpliwie dziełem silnej kobiecej osobowości. W kilka miesięcy po urodzeniu drugiego dziecka, Alicia rozpoczęła pracę nad płytą, na której równocześnie występuje w roli wokalistki, kompozytorki, autorki tekstów i producentki. Nie ograniczyła się przy tym do utożsamianej z nią dotychczas sentymentalno-romantycznej konwencji i miłosnych fraz. Na „Here” sięgnęła do różnych gatunków szeroko rozumianej czarnej muzyki. Obok R&B sprawdza się zarówno w hip hopie, soulu, jak i w bluesie. Oszczędne, czarujące aranżacje pozwoliły Alicii ukazać na tym wspaniałym krążku pełnię jej niebagatelnych możliwości wokalnych.

Album zaczyna się tajemniczo i trochę groźnie, jak przystało na muzyczny manifest programowy. Już za chwilę okazuje się, że będzie on dotyczył głównie przemyśleń na temat kondycji współczesnego świata. Nic w tym dziwnego – czarnoskóra Alicia ma prawo do tego, aby skupiać się na takich dylematach. Mimo że jest to płyta tak politycznie zaangażowana, nie trzeba się obawiać, że będzie zbyt wojowniczo. Za sprawą zmysłu aranżacyjnego nigdy nie posunie się do ciężkostrawnej formy a la Missy Elliott. Dzięki swojemu wyczuciu wypada intrygująco ogniście w „Kill Your Mama” – balladzie z bardzo subtelnie pojawiającą się gitarą w tle. Okazuje się też, że potrafi odnaleźć się w jedynym na płycie bluesowym „Illusion of Bliss”, który przypomina trochę styl Lauryn Hill za jej dobrych czasów. W entuzjastycznych recenzjach płyty aż roi się od porównań do „The Miseducation of Lauryn Hill”. Podobieństwo było chyba zresztą zamierzone – Alicia zawsze podkreślała, że chce przywrócić do życia brzmienia, które odeszły w zapomnienie.

I w zasadzie z tych starych zapożyczeń jej muzyka się składa. Co i rusz słychać pogłosy dokonań jej „koleżanek” z dekad ubiegłych – co jest komplementem, bo większość pań współczesnej sceny r’n’b upodabnia się do siebie nawzajem. A skoro mowa o tym, co słychać, to oczywiście znowu pojawia się fortepian (Alicia grała na nim od 7-go roku życia), jak choćby w utworze „Where Do We Begin Now” czy w formie przepięknych, dyskretnych glisad w „Girl Can’t Be Herself”; w połączeniu z delikatną nutą latynoamerykańską te fortepianowe zagrania tworzą przepiękne smaczki. Większość aranżacyjnych pomysłów na „Here” pojawia się niezwykle subtelnie, jakby daleko w tle. „Na przodzie” jest beat i głos Alicii. I dobrze, bo gdyby wszystko było na tym samym poziomie, powstałoby muzyczne przeładowanie.

Zaskakujące, albumu na razie nie doceniła publiczność – w pierwszym tygodniu sprzedaży krążek powędrował „tylko” na drugie miejsce „Billboardu”, co jest najsłabszym wynikiem spośród dotychczasowych płyt Alicii.

Pozostaje mieć nadzieję, ze ten trend wkrótce się odwróci.

Ocena płyty: