“Polacy nie zdają sobie sprawy w jakim cudownym kraju żyją!” – wywiad z Milo Kurtisem

Już prawdopodobnie po raz ostatni wracamy do tegorocznej odsłony Jazzu nad Odrą, tym razem mieliśmy przyjemność porozmawiania z Milo Kurtisem, multiinstrumentalistą który współtworzył zespół Maanam czy kultowy zespół Osjan.

Zespół Osjan owiany jest tajemnicą jeżeli chodzi o informacje prasowe. Jeżeli ktoś nie jest wielkim fanatykiem jazzu to nie uzyska na jego temat za wiele informacji w mediach. Jak doszło do założenia zespołu?

Wszystko zaczęło się gdy Marek Jackowski i Jacek Ostaszewski spotkali się w zespole Anawa Marka Grechuty. Właściwie zalążek Osjanu to solowe partie tych dwóch w piosence „Korowód”. Wtedy Tomasz Hołuj zaproponował im założenie zespołu. W 1973 roku w Piwnicy pod Baranami zastąpiłem na koncercie Jacka Ostaszewskiego. Ewa Demarczyk nazwała mnie wtedy chińskim śpiewakiem, bo ona nigdy nie słyszała melizmatów, muzyki wschodu. Grałem wtedy na sitarze, buzuki i używałem głosu. W 1975 roku Marek Jackowski do mnie zadzwonił i powiedział: „Słuchaj Milo odszedłem z Osjanu, załóżmy kapelę.”. Tak narodził się pierwszy Maanam. Przez pierwszy rok graliśmy muzykę świata, nie żaden rock’n’roll. Gdy do zespołu dołączyła Kora zauważyłem, że odchodzimy w stronę rocka. Dwa tygodnie po Marku zadzwonił do mnie Tomasz i spytał czy nie zastąpiłbym Marka w Osjanie, oczywiście zgodziłem się i grałem w tych dwóch zespołach jednocześnie. Dlaczego Osjan nie jest znany? Bo to muzyka niekomercyjna. W telewizji nikt jej nie puszcza, w radiu też nie. Osjan nadal istnieje, koncertuje i każda sala jest wypełniona do ostatniego miejsca. Jest to zespół, który jako pierwszy w Polsce grał muzykę świata.

Pan i Apostolis Anthimos wyjechaliście z Grecji i osiedliliście się w Polsce. Czy wszyscy najlepsi muzycy greccy wyemigrowali do Polski?

Polacy nie zdają sobie sprawy w jakim cudownym kraju żyją! Psuedopolitycy i pseudodziennikarze wykłócają się w telewizji o jakieś pierdoły. W Polsce jest nisza dla muzyki świata, w której można żyć. W Grecji grając taką muzykę umarlibyśmy z głodu bo tam jest ona za mało orientalna. Obecnie zauważam, że Polacy coraz częściej zaczynają słuchać muzyki ludowej co jest wspaniałe. Oberki, Mazurki, Kujawiaki – Polska ma bardzo bogatą muzykę ludową tylko nieznaną. W Grecji muzyka tradycyjna ma dużo silniejszą pozycję, jest grana na każdym weselu. W Polsce nigdy nie słyszałem oberka na weselu. Więc w Grecji z tak awangardową muzyką jaką gramy nie da się przebić. Nigdy nie byłem zainteresowany graniem rocka. Doceniam jedynie punk rockową energię i szczerość i to bardzo mi się podoba.

Mieszkał Pan w komunie hippisowskiej…

Tak, w Nowym Meksyku. Oraz w pierwszej komunie hippisowskiej w Polsce, było to w Ożarowie. Na przełomie lat 60 i 70 przewodził nami Prorok. Z komuny wyszli tacy ludzie jak marszałek Sejmu, szef klubu parlamentarnego PiS, Ryszard Terlecki. Mariusz Błaszczak. Wtedy było przecudownie, odwiedzali nas najwięksi artyści tamtych czasów tacy jak Jerzy Grotowski czy Tadeusz Kantor. Ta komuna to był prawdziwy dom artystyczny. Zajmowaliśmy się malarstwem i muzyką. Jeden z pierwszych koncertów Manaamu odbył się u Jerzego Grotowskiego we Wrocławiu. Tego czasu Wrocław był prawdziwą stolicą światowej kultury. Gdy odbywał się festiwal teatru otwartego to najwięksi artyści świata przyjeżdżali do Wrocławia się uczyć.

Jak doszło do nagrania płyty z Tomaszem Stańko?

Tomek mieszkał u mnie i zaproponowałem mu nagranie. Tomek zawsze był blisko Jacka, gdyż grywali już wcześniej razem. Jeden mikrofon wystawiliśmy za okno i wszystkie odgłosy natury słyszalne na tej płycie zostały zarejestrowane właśnie w ten sposób.

Jak w dobie PRL zdobywaliście tak orientalne instrumenty?

Sitar kupiłem w Polsce, buzuki sprowadziłem z Grecji, kaya – gum kupiliśmy od Koreańczyków, którzy osiedlili się w Polsce. Tomasz Hołuj znajdował lub ewentualnie konstruował sobie instrumenty, a często grał na zwykłych garnkach z Olkusza, które miały naprawdę świetne brzmienie (śmiech).

Dążyliście do naturalności, nie do doskonałości.

Dobrze mieć super technikę, ale przy tym można nie mieć duszy. A można mieć duszę, którą warto pokazać bez posiadania przy tym specjalnych umiejętności wirtuozerskich.

W swojej muzyce odwoływaliście się do natury. Chcieliście ją naśladować czy stworzyć dla niej podkład?

Ja niczego nie chciałem naśladować. Moim naturalnym środowiskiem jest miasto. Tą muzykę stworzyliśmy w miastach i dla mnie jest to muzyka miejska. Porażką Osjanu było to, że nie udało nam się przekonać słuchaczy do tej perspektywy. Większość słuchaczy uważa, że jest to dobra muzyka do medytacji w górach czy w lesie. Ja tak nie uważam. To była muzyka „tu i teraz”. Jeżeli Osjan grał we Wrocławiu to była to muzyka wrocławska, a nie tybetańska. Oczywiście używaliśmy tybetańskich mantr czy indyjskich rag, ale tylko z tego czerpaliśmy, nie chcieliśmy być nieudolnymi naśladowcami. Może to zabrzmi szokująco, ale ja całe życie mieszkałem w mieście, kocham miasto i nie znoszę chodzić do lasu!

Dlaczego odszedł Pan z zespołu?

Osjan od 20 lat robi cały czas to samo, chociaż oczywiście w fantastyczny sposób. Ja jestem muzycznym odkrywcą i dlatego założyłem Orkiestrę NAXOS, gdzie łączę kulturę grecką, żydowską, arabską czy tybetańską. My tych kultur używamy by z nich czerpać. Nigdy nie zagramy muzyki hinduskiej lepiej od hindusów.

W jakim najdziwniejszym miejscu zdarzyło się Panu grać?

Grywam solowo w przedszkolach. Rozdaję dzieciom instrumenty i gramy. To jest prawdziwa frajda, ponieważ dzieci niczego nie udają i są naturalne.

Dziękujemy za rozmowę.