W lutym Michał Rudaś wydał swoją debiutancką EP-kę zatytułowaną „Wieloryby i syreny”, której premiera odbyła się podczas koncertu w warszawskiej Progresji. Mieliśmy przyjemność porozmawiania z artystą, którego zapytaliśmy m.in. o prace nad nagrywaniem płyty, a także o fascynację kulturą Indii, wspomnienia związane z udziałem w programie „The Voice of Poland”.

Jak wyglądała praca nad „Wielorybami i syrenami”?

Materiał zaczęliśmy komponować półtora rok temu, natomiast nagraliśmy go na przełomie lata i jesieni zeszłego roku.  Spędziliśmy w studiu kilkanaście dni, wliczając w to m.in. nagrywanie wokali. Zwykle nagrywam kilka wersji wokalu i potem razem z producentem wybieramy tę wersję, która najlepiej brzmi i najbardziej odpowiada naszym założeniom. W studiu można sobie pozwolić na rzeźbienie i zwykle nie oczekuje się, że ktoś od razu zaśpiewa całość perfekcyjnie.

Ale „Kołysanka dla wojownika” tak właśnie powstała. I brzmi świetnie!

A dziękuję! Tutaj nie było innej możliwości, niż nagrać w całości, czyli na tak zwaną „setkę”, bo nagrywałem ten utwór w duecie z gitarzystą Łukaszem Chylińskim. Gdybyśmy nagrali to fragmentami, czułoby się nienaturalność. Technika nagrywania zależy od utworu i stylu muzycznego. Są takie utwory, w których można sobie pozwolić na większą swobodę, na pokazanie czegoś w stylu „live”, bez dopieszczania i wówczas ważniejsze jest dochodzenie do prawdy niż dążenie do perfekcji. Poza tym, wychodzę z założenia, że artysta w studiu przede wszystkim powinien się skupić na muzykowaniu i przekazie, a to producent powinien pilnować, czy jest wszystko poprawnie technicznie.

Jan Smoczyński tego dokonał?

Tak. Bardzo dobrze mi się z nim pracowało, bo nie jest „maniakiem” poprawności i nie każe w kółko powtarzać jakieś frazy, żeby było „idealnie”. Jak się skupiamy tylko na technice, to prawda wtedy ucieka, a to ona najbardziej się liczy i bez niej, moim zdaniem, nie warto nagrywać płyt. Słuchacz potrzebuje przede wszystkim prawdziwych emocji, a nie tylko perfekcyjnie zagranych czy zaśpiewanych nut.

Tytułowy singiel znacznie różni się od Twojej dotychczasowej twórczości. Obawiałeś się zarzutów od swoich słuchaczy, że tym razem zabrakło tej prawdy?

Ja zawsze trochę obawiam się ocen słuchaczy, szczególnie jak wychodzę z czymś odmiennym stylistycznie, niż robiłem do tej pory. Natomiast miałem wewnętrzne przekonanie, że nagrałem tę płytę w zgodzie ze sobą. Ta EP-ka to po prostu pewna odskocznia od tego, co robiłem do tej pory, czyli od muzyki inspirowanej Indiami.

Utwór został zobrazowany dość oryginalnym teledyskiem, w którym postacie są ulepione z plasteliny. Skąd ten pomysł?

Nie chciałem nagrywać klasycznego teledysku, przedstawiającego kobietę i mężczyznę zakochanych w sobie, spędzających czas na plaży w błogim nastroju. Od samego początku widziałem tam bajkę z animowanymi bohaterami, czyli tytułowymi syreną i wielorybem.  Piosenka ta, jak i teledysk to kwintesencja czystej radości życia, z  jednoczesnym przymrużeniem oka i nutką humoru.  Niektórzy jednak niestety nie do końca trawią radość i szczęście pokazywane w taki bezpośredni sposób, bo to nie jest popularne w naszej kulturze…

Zupełnie inny teledysk natomiast powstał do drugiego singla, czyli „Raj song”. Zagrali w nim tancerze Sandy Rzeźniczak i Mariusz „Maniek” Kotarski, którzy prywatnie są parą, a także para starszych ludzi, którzy prywatnie są małżeństwem i… dziadkami Olgi Czyżykiewicz, reżyserki i scenarzystki teledysku. Jestem bardzo zadowolony z tego klipu i muszę przyznać, że mam szczęście pracować z prawdziwymi artystami, którzy szukają nie tylko piękna, ale i głębokiej prawdy o nas samych.

Jednym z nich jest m.in. genialna Patrycja Kosiarkiewicz, która współtworzyła materiał na „Wieloryby…”.

Tak, Patrycja napisała teksty do utworów „Wieloryby i syreny” oraz „TGV”. Samą Patrycję uważam za eksperta od tekstów traktujących o radości życia, a jednocześnie z głębszym, filozoficznym przesłaniem. Poznaliśmy się w 2011 roku podczas nagrywania jej płyty pt. „Ogród niespodzianek”, na której zaśpiewałem wokalizy w utworze „Życie jak świeczka na torcie”. Bardzo się cieszę, że Patrycja zgodziła się napisać dwa teksty dla mnie. Pięknie ubrała w słowa moje przemyślenia i opowiadania. Mnie tylko czasami udaje się napisać coś, z czego jestem zadowolony, w przeciwnym razie proszę o pomoc innych autorów.

Wspomniałeś o kawałku „TGV”, w którym słychać inspiracje kulturą Francji. Czyżby Indie szły w odstawkę?

(śmiech) Ten francuski klimat pojawił się dość spontanicznie podczas komponowania utworu razem z Łukaszem Chylińskim. Co prawda we Francji byłem może ze dwa razy tylko, i do tego bardzo dawno temu, ale sama kultura francuska – filmy, muzyka, książki – jest mi bardzo bliska. Bardzo podoba mi się ich sposób śpiewania o miłości oraz taka francuska wrażliwość. Ostatnio namiętnie słucham nowej płyty Izy Kowalewskiej pt. „Pod dachami Paryża”, która cała inspirowana jest muzyką francuską. Natomiast Indie nadal są głęboko w moim sercu i planuje wciąż eksplorować ten muzyczny teren.

No to mamy już Indie i Francję… coś jeszcze?

Lubię podróżować oraz inspirować się różnymi kulturami. Ostatnio bardzo mnie inspiruje Hiszpania, Andaluzja oraz muzyka flamenco. Elementy tej muzyki można znaleźć w utworze „Płomień nasz” oraz na mojej poprzedniej płycie pt. „Changing”. Flamenco ma dużo wspólnego z Indiami, bo Cyganie wywodzą się przecież z Indii. Niewykluczone, że będę jeszcze kiedyś bardziej zgłębiał tę sztukę, ale chyba jeszcze muszę do tego dojrzeć emocjonalnie. Teraz planuję skupić się na brzmieniu muzyki świata w ogóle, czyli na tym, co od zawsze mnie fascynowało. Muzyka jest zbyt ciekawa, żeby siedzieć w jednym gatunku i trzymać się jednego stylu.  Myślę, że jeszcze nieraz zaskoczę swoich słuchaczy (śmiech).

Czyli za rok Michał Rudaś w wersji metalowej?

(śmiech) Do tego trzeba byłoby mieć jeszcze predyspozycje wokalne. Ja, niestety, nie umiem śpiewać growlem, ale słyszałem, że można się tego nauczyć, więc może wszystko przede mną. (śmiech) Mówiąc szczerze, nie jest to mój rodzaj wyrażania emocji. Niemniej jednak lubię wyzwania wokalne i lubię czasem poczuć się jak aktor na scenie wcielający się w inne postacie i wyśpiewujący jej emocje – oczywiście w granicach moich możliwości wokalnych.

Czy zobaczymy Cię zatem w programie „Twoja twarz brzmi znajomo”?

Nawet miałem niedawno zaproszenie na przesłuchania do tego programu od produkcji, ale odmówiłem. Bardzo podoba mi się ten program, a mój zachwyt wzbudziło wiele kreacji stworzonych przez uczestników. Sam jednak nie podjąłbym się tego wyzwania, bo bałbym się, że wypadnę słabo. Czuję, że nie mam predyspozycji do pewnych ról czy do sposobu śpiewania – łatwiej byłoby mi na pewno wcielić się wokalnie w kobietę, ale już nie w wokalistę rockowego, a tym bardziej metalowego. (śmiech)

Za sobą masz za to udział w innym programie – „The Voice of Poland”. Czy występ w tym programie wpłynął jakoś na bardziej popowe brzmienia na „Wielorybach…”?

Myślę, że udział w programie nie miał na to większego wpływu. Nagrywając tę EP-kę chciałem po prostu podzielić się z moimi słuchaczami tym, co stworzyłem z Łukaszem Chylińskim. Jednak podobnie jak „Wieloryby…”, sam program był dla mnie eksperymentem. Niczego wtedy nie zakładałem, nie miałem planu, to była spontaniczna decyzja. Poprzez udział w tym programie chciałem też nieco przypomnieć się ludziom albo w ogóle dać się poznać. Z podobnego założenia wyszła pewnie m.in. Natalia Lubrano, która jak ja miała już  płytę na koncie, a po udziale w programie na pewno trochę na tym skorzystała, bo gra więcej koncertów.

Na planie spotkałeś się m.in. z Marią Sadowską, z którą wziąłeś udział wcześniej w muzycznym projekcie United States of Beta. Jak wspominasz pracę w tym przedsięwzięciu?

Miło wspominam ten projekt, bo pomógł mi w trudnym okresie mojego życia. Zacząłem  tracić wówczas poczucie sensu w to, co robię. Udział w tym projekcie okazał się pokarmem dla mojej duszy.  Nagrałem dwie szczególne piosenki, które stworzyłem wspólnie z zespołem. Potem te utwory zaśpiewałem podczas koncertu inauguracyjnego, na którym poznałem m.in. Marię. Szkoda, że już nie gramy tego projektu, ale to są realia polskiego rynku muzycznego, który jest niestety za biedny na tego typu wydarzenia. Trudno jest utrzymać projekt, w którym występuje tylu solistów. Ale wiem, że szykuje się też nowy album projektu o nazwie PanPan, zawierający m.in. klubowe remiksy piosenek United States of Beta – premiera będzie w maju.

Kiedy możemy spodziewać się Twojej nowej  solowej płyty?

W najbliższym czasie planuję rozpocząć zbieranie materiału na nowy album, ale nie wiem, kiedy on będzie gotowy, ponieważ dużo czasu zajmuje nie tylko samo napisanie materiału, ale też wszystkie rzeczy dookoła, łącznie ze znaleziem funduszy, produkcją, wydaniem i promocją, Gdybym mógł być tylko artystą, nagrywałbym płyty rok po roku. Muszę jednak pilnować wszystkiego wokół, dlatego między kolejnymi płytami jest tak długa przerwa.

Cały czas jednak możemy Cię słuchać w programie „Dancing with the Stars. Taniec z gwiazdami”, w którym śpiewasz w chórkach od 2005 roku. Czy chórzystom nie jest trudniej wybić się na rynku?

Dodam tylko, że w tym programie jestem zarówno chórzystą, jak i solistą :) To fajna praca, bo mam w Orkiestrze Tomka Szymusia wielu przyjaciół i śpiewam dużo fajnych numerów z najlepszymi muzykami w tym kraju. Ale nie ukrywam, że najwięcej szczęścia daje mi  tworzenie własnej muzyki i granie własnych koncertów.  Bycie kojarzonym jako wokalista coverowy czy chórzysta może wiązać się z przypięciem takiej łatki, przez którą trudniej przebić się do świadomości ludzi ze swoim repertuarem, ale z doświadczenia widzę, że to jest tylko kwestia czasu i konsekwentnego podążania obraną drogą, żeby ludzie zaczęli kojarzyć artystę przede wszystkim z jego solowych i autorskich dokonań. O przebiciu się na rynku, decyduje również czasem to, czy jesteśmy skłonni pójść na muzyczne kompromisy przy tworzeniu własnego materiału.

Co masz na myśli?

Czasem kompromis jest konieczny, żeby wytwórnie chciały zainwestować pieniądze w płytę, a komercyjne media prezentowały muzykę. Ja osobiście nie chciałbym tworzyć czegoś niezgodnego z moimi uczuciami, co miałoby za to ułatwić zrobienie komercyjnej kariery. Robię swoje i mam już swoją publiczność. Oczywiście, pracuję nad tym, by moja muzyka była grana częściej w radiu i docierała do większej liczby ludzi, ale to nie tylko ode mnie i mojej muzyki zależy, czy radiowcy będą ją puszczać czy nie. Niestety, często w przypadku większych mediów stoją za tym różne układy, znajomości i pieniądze, zresztą jak w każdej branży – co mnie nie dziwi. Jak miałem dwadzieścia parę lat to oburzałem się na taki stan rzeczy, ale teraz już trochę pogodziłem się z tym, że taki po prostu jest świat. Teraz jeszcze pozwolę sobie postawić pytanie: czy te osoby, które poszły na te artystyczne kompromisy i szybko stały się popularne oraz zarobiły duże pieniądze czują się rzeczywiście spełnione i szczęśliwe?

A czy sam zatańczyłbyś w programie „Taniec z gwiazdami”?

(śmiech). O raczej nie! Wprawdzie byłoby mi trochę szkoda odrzucić taką propozycję, bo uwielbiam tańczyć i chciałbym  przeżyć taką taneczną przygodę i rozwinąć się kierunku tańca towarzyskiego, ale nie zdecydowałbym się jednak, bo nie chciałbym w ten sposób budować swojej popularności. Niemniej jednak od kilku lat rozwijam się nawet trochę w kierunku tańca, szczególnie współczesnego, bo śpiewanie nie zawsze wystarcza mi w wyrażeniu artystycznej ekspresji.

Wyrażasz się też za pomocą swojego bloga, na którym dzielisz się z ludźmi swoimi przemyśleniami. Ostatnio skrytykowałeś internetowych hejterów.

To są zazwyczaj osoby zakompleksione i niespełnione w życiu, które wyładowują swoje frustracje w Internecie. Często nie stać ich na wysiłek, żeby spojrzeć na coś z szerszej perspektywy. Liczę się z tym, że wywołuję falę krytyki za strony takich osób, poruszając kontrowersyjne tematy, takie jak tolerancja do homoseksualistów czy osób z innym kolorem skóry i innego wyznania, np. muzułmanów. Niepokoi mnie to, że są ludzie, którzy potrafią rzucać oskarżenia i bezpodstawnie kogoś potępiać. To wynika z fobii przed czymś, co nieznane i inne.

Ale dzięki swojej muzyce możesz nieść radość i miejmy nadzieję, że będziesz nią zarażał coraz większą rzeszę ludzi. Dzięki za rozmowę!