“Fortepian to instrument, który wzbudza we mnie spore emocje…” – wywiad z Tomaszem Burą

Kilka dni temu mieliśmy przyjemność porozmawiania z Tomaszem Burą, polskim pianistą od kilku lat mieszkającym w Londynie, który na co dzień współpracuje z Piotrem Schmidtem oraz zespołem Schmidt Electric. Podczas rozmowy zapytaliśmy muzyka o jego początki muzyczne, debiutancki album “Ritual” oraz brytyjski rynek muzyczny.

Niedawno ukazała się Twoja debiutancka płyta zatytułowana “Ritual” (do kupienia tutaj). Jak przebiegała praca nad tym albumem?

To była bardzo spontaniczna sytuacja. Nagrałem tą płytę w 1,5 godziny, z czego wybrałem 45 minut materiału. Powstała ona całkiem przypadkowo. Koledzy z zespołu Schmidt Electric, z którymi nagrywałem tego dnia płytę “Tear the Roof Off“, poszli na obiad, a ja uznałem, że mam świetną sytuację, aby nagrać coś na genialnym fortepianie, który znajdował się w studiu Jazovia w Gliwicach. To była wyjątkowa sytuacja. Zostałem w studiu tylko ja i nasz realizator. Czułem, że nic mi nie przeszkadza i mogłem po prostu grać. Większość utworów jest improwizowanych. Zaledwie kilka z nich było napisanych wcześniej. Skomponowany był np. “Ritual“, ale już “Between Strings” czy “Coda” to improwizacja. Inna wcześniej napisana kompozycja to “K.M.“, którą napisałem jak miałem dziewiętnaście lat. Napisałem ten utwór dla mojej nauczycielki fortepianu, wybitnego pedagoga Krystyny Moszyńskiej. Profesorka odeszła rok przed tym, jak ukończyłem szkołę muzyczną. Byliśmy ze sobą bardzo blisko, była moim mentorem, przyjacielem, osobą, dzięki której zmieniło się moje życie muzyczne i poza muzyczne. Tym utworem chciałem podziękować jej za to, co dla mnie zrobiła i za to, kim jestem teraz dzięki niej.

Na płycie znalazł się także m.in. utwór Twojego przyjaciela Piotra Schmidta, z którym występujesz już od wielu lat…

Tak, kompozycja “Morning“, która znalazła się na naszej pierwszej płycie jako Schmidt Electric. Zdecydowanie wyjątkowy utwór.  Jest to świetna ballada, która pięknie brzmi na fortepianie solo.  Wszystko na tej płycie działo się spontanicznie. Nigdy wcześniej nie grałem tego utworu w takiej formie. Na sesji starałem się po prostu grać bez przerwy. Grałem to co tylko choćby w najmniejszy sposób mnie inspirowało. “Morning” to zdecydowanie jeden z tych utworów. Na płycie nagrałem jeszcze kilka innych utworów, ale jak wspominałem wybrałem 45 minut materiału. Druga połowa na tę chwilę zostanie tajemnicą.

No właśnie, kiedy nowa płyta z drugą częścią materiału?

Myślę, że gdybym teraz nagrywał płytę, to wyglądałoby to zupełnie inaczej…

…czyli nie czekałbyś, aż Twój zespół pójdzie na obiad?

Nie, na pewno bym nie czekał (śmiech). Chciałbym nagrać jeszcze jedną solową płytę. Prawdopodobnie nie będzie to następna. Powoli przymierzam sie do nagrania materiału z moim zespołem w Londynie. Jest to kwartet grający nowoczesny jazz posiadający wiele elementów etnicznych. W zespole współpracuję z rewelacyjnymi muzykami m.in. z Ernesto Simpsonem, wspaniałym perkusistą pochodzącym z Kuby. Ma za sobą wiele lat spędzonych w zespole Richarda Bony, Gonzalo Rubalcaby i wielu innych.  Jego doświadczenie bardzo wpływa na to jak piszę muzykę i na co mogę sobie pozwolić w swoich kompozycjach. Kolejny solowy materiał napewno powstanie w przeciągu kilku kolejnych lat. Fortepian to instrument który wzbudza we mnie spore emocje, a sama gra solowa daje nieskończone możliwości.

A pamiętasz, jak właściwie zaczęła się Twoja przygoda z fortepianem? Czy to była miłość od pierwszego wejrzenia?

Na pewno muzyka była miłością od pierwszego wejrzenia. Jak prawie każdy młody chłopak chciałem grać na perkusji. Kiedyś jako pięciolatek jechałem tramwajem i zauważyłem na wystawie sklepu muzycznego zestaw perkusyjny… wtedy oszalałem! Rodzice musieli pójść ze mną do tego sklepu. Pamiętam, że sprzedawcy pokazywali mi inne mniejsze instrumenty, ale ja byłem zaparty i chciałem zestaw perkusyjny. Nie wiem czy rodziców nie było stać na ten instrument czy po prostu był zbyt głosny. Po jakimś czasie wciąż wyrażałem chęć grania muzyki, ale nie myślałem już o jakimś konkretnym instrumencie. Któregoś dnia posłali mnie na prywatne lekcje fortepianu, ja przyjąłem to pozytywnie, ale bez żadnego szału. Po prostu chciałem grać, a ten instrument brzmiał zadowalająco. Był to trochę wybór rodziców, którego nie negowałem. Niedługo później zakochałem się w tym instrumencie i chociaż próbowałem także trochę grać na gitarze, to fortepian zawsze był najważniejszy w moim życiu. W wieku siedmiu lat dostałem się do szkoły muzycznej, gdzie uczyłem się klasycznie.

No właśnie, szkoła muzyczna. Często mówi się, że szkoła muzyczna zabija improwizację i wrzuca w sztywne, klasyczne wzorce grania. Jak to było u Ciebie?

Trudno powiedzieć. Myślę, że to kwestia własnego pedagoga. Faktycznie szkoły nie do końca pochwalają granie jazzu i muzyki improwizowanej. Ja miałem kilku świetnych profesorów, którzy mnie wspierali w tym, co robię. Oczywiście, były także głosy niezadowolenia oraz komentarze typu…  chałtury możesz sobie grać w domu. Tak czy inaczej zawsze starałem sie robić swoje. Wręcz, nawet mnie to nakręcało, bo jak czegoś ci zakazują, to jeszcze bardziej tego chcesz. Kazdy z nas ma wybór i żadna szkoła nie jest w stanie tego zmienić. Czasem po prostu trzeba sobie zaufać.

A kiedy poczułeś, że to jest to, co chcesz robić do końca życia?

Myślę, że to uczucie od zawsze we mnie było. Trafiłem do szkoły muzycznej dosyć wcześnie. Wiedziałem, ze bedę muzykiem. To było bardzo naturalne. Istotnym momentem w moim życiu było poznanie Atmy Anur, perkusisty, który mieszkał w Krakowie. Wcześniej spędził 30 lat w Stanach gdzie grał m.in. dla Davida Bowiego. Jako nastolatek często jeździłem do Krakowa, gdzie razem ćwiczyliśmy. Założyliśmy trio z Tomkiem Kupcem, a później Michałem Barańskim. Nauczył mnie wielu rzeczy i zmienił postrzeganie muzyki. Dzięki niemu byłem także w stanie dotrzeć do większego grona publiczności.

Kolejnym dość przełomowym momentem w Twoim życiu było poznanie Piotra Schmidta. Pamiętasz, w jakich okolicznościach się poznaliście?

Widzieliśmy się parę razy na warsztatach jazzowych, ale nie mieliśmy ze sobą dużego kontaktu. W zasadzie się nie znaliśmy. Później spotkaliśmy się gdzieś przy okazji jamów w Gliwicach. Piotrek zaproponował mi granie w jego nowym zespole elektrycznym co bardzo mnie ucieszyło. Obecnie dopiero co wydaliśmy drugą płytę i zmieniliśmy trochę styl. To bardzo nowoczesny zespół. Nie boimy sie zaskakiwać naszych słuchaczy. Świetnie nam się razem współpracuje pomimo odległości które nas dzielą na co dzień.

Cztery lata temu wyjechałeś do Londynu. Była to trudna decyzja?

Decyzja nie była trudna, bo chodziła za mną całe życie. Chciałem zobaczyć, co się dzieje w innych kulturach muzycznych. Kręciła mnie muzyka latynoska czy afrykańska. Chciałem wyjechać do Stanów, jednak ostatecznie padło na Londyn, gdzie już mieszkała moja rodzina.

Łatwo Ci było zaklimatyzować się w brytyjskim rynku muzycznym?

Myślę, że tak i na pewno miałem dużo szczęścia. Trafiłem na piątkowe jam session w klubie Troy Bar w Londynie. Pojawiali się tam najciekawsi muzycy z Anglii i nie tylko, zwłaszcza ze świata fusion, R&B czy hip-hopu. Udało mi się dostać do zespołu już po dwóch tygodniach pobytu w Londynie. Po naszym koncercie był jam session. Miałem okazję poznać wielu  rewelacyjnych muzyków, którzy bardzo mi pomogli. Później był to już proces. Muzycznie układało sie bardzo dobrze, ale finansowo przez pierwszy rok było trudno. To szalenie drogie miasto i trzeba było sie napocić. Pracowałem w piekarni o 5 rano zaraz po tym, jak kończyłem koncert. Na szczęście nie trwało to zbyt długo.

A tęsknisz czasem za Polską do tego stopnia, że chciałbyś tutaj wrócić na stałe?

Na szczęście wracam tutaj dość często, głównie za sprawą Schmidt Electric. Nie mogę zatem powiedzieć, że jakoś szczególnie tęsknię. Czasem odwołuję nawet koncerty w Londynie, by zagrać koncert w Polsce. Tęsknię jednak za przyjaciółmi czy za klimatem, który jest w Polsce. Londyn jednak bardzo mi sie podoba. Mam tu już swoje miejsce i jakąś pozycję.

Powodów do przyjazdu do Polski jest teraz coraz więcej, bo gracie dużo koncertów i występujecie na festiwalach jazzowych.

Tak. Z chłopakami zawsze gra się świetnie, oni mnie inspirują,  dodają mi energii.  Mamy sporo koncertów przewidzianych na jesień.

Czyli najbliższe miesiące to głównie koncerty?

Tak. Przymierzam się także do nagrania czegoś nowego, dopiero zbieram materiał, szukam nowych brzmień. Na razie jest album “Ritual” , skupiam się na jego promocji. Występuję też często dla przeróżnych artystów w Londynie. Jestem bardzo otwarty na nowe projekty i różne style muzyczne.

A czym się inspirujesz, jak tworzysz muzykę?

Ogromną inspiracją jest dla mnie muzyka klasyczna i współczesna. Inspiruje mnie to wszystko co otacza mnie na co dzień. Nie jest to tylko muzyka. Ludzie, rozmowy, emocje. Muzyka i komponowanie to moja forma medytacji. Stan wysokiego skupienia. Staram się dojść do perfekcji formy i wyrazu, co – jak wiemy – nigdy w muzyce się nie kończy.

Miałeś jakieś wzorce muzyczne w rodzinie?

W pewnym sensie tak, ale jestem pierwszą osobą, która kształciła się muzycznie w rodzinie. Mój tata pokazał mi pierwsze zespoły takie jak Led Zeppelin, The Beatles, Jethro Tull, a nawet Vivaldiego. Zawsze bardzo mnie wspierał w tym co robię. Przymykał też oko na to kiedy uciekałem ze szkoły żeby ćwiczyć na fortepianie. W domu często leciały jakieś koncerty, a jednym z nich był któryś koncert Stinga z zespołem Police. Jako dziecko oszalałem wtedy na punkcie muzyki, biegałem po domu z pałeczkami od perkusji. Police to był zresztą zespół, który mnie totalnie zmienił i skierował ku muzyce. Potem pojawiły się inne zespoły rockowe. Później jednak dotarło do mnie, że dzięki muzyce jazzowej mogę wyrazić się jeszcze pełniej i ciekawiej.

A masz jakieś hobby pozamuzyczne?

Chyba nie mam, ale nie dlatego, że jestem mało interesującą osobą (śmiech). Bardzo interesują mnie religie, stąd też tytuł mojej płyty. Ciekawią mnie ludzie, ich zachowania, rytuały, to jak postrzegają świat… takie trochę filozoficzne podejście. Jest to zdecydowanie temat, który mnie szalenie interesuje.

Masz swoją ulubioną filozofię? Wyznajesz jakąś na co dzień?

Nie wiem, czy można to nazwać filozofią, ale staram się kontrolować to, o czym myślę. Nie pozwalam sobie na to, by negatywne emocje mną zawładnęły. Nasza codzienność zależy głównie od punktu widzenia. Staram się kreować następny dzień już dziś. W pewnym sensie jesteśmy w stanie kontrolować nasze myśli. Nie jest to łatwe, ale już sama tego świadomość może wiele zmienić.

Bardzo dziękujemy Ci za rozmowę. Trzymamy kciuki za trasę koncertową oraz czekamy na kolejną solową płytę!

Dziękuję! Miejmy nadzieję, że solowa płyta ukaże się jak najszybciej, a ta z zespołem gdzieś za pół roku!