Artyści podsumowali 2011 roku, vol. 2

Byli mężczyźni czas na kobiety. Swoje podsumowanie specjalnie dla czytelników JazzSoul.pl napisała Natalia Lubrano znana z rewelacyjnej grupy Miloopa oraz Alicja Janosz, która w tym roku wydała swój drugi studyjny album, ale pierwszy autorski. Natalia opisała Wam płyty, które ją urzekły, Alicja zajęła się koncertami. Miłej lektury.

  • Natalia Lubrano (Miloopa)

Kimbra “Vows”
Po kilku filmikach dodawanych przez znajomych na popularnym portalu społecznościowym postanowiłam sprawdzić kim jest enigmatyczna artystka. Niestety okazało się, że legalne nabycie płyty graniczy z cudem, nawet popularny iTunes wymieniał tylko udział gościnny z Gotye. Mimo wszystko postanowiłam zdobyć tę płytę, udało się. 2,5 tygodnia później, prosto z Nowej Zelandii przyszła do mnie upragniona paczka.
Jestem oczarowana tym w jaki sposób młodziutka artystka wykreowała nastrój na tej płycie. Materiał brzmi niesamowicie świeżo, zaś sam śpiew Kimbry bardzo dojrzale. Piękne i mądre teksty. Po takiej płycie czuję się niesamowicie naładowana dźwiękami i co najgorsze, wiedząc że Kimbra ma dwadzieścia jeden wiosen…

Electric Empire “Electric Empire”
To niesamowite, ale ten album brzmi niczym piosenki Steviego Wondera z lat 70tych. Dosłownie. Brzmienie i charakter kompozycji zawartych na tym krążku gwarantują nam podróż do przeszłości.

Emily King “Seven”
Nie znana mi wcześniej wokalistka.
Urocze, kobiece kompozycje. Niesamowity klimat. Płyta w sam raz na wieczory przy winie i do zawinięcia się w kokon:-)

Alicja Janosz “Vintage”
Lubię nową Alę. I nie dlatego, że mieszkamy w tym samym mieście, zapożyczając od czasu do czasu muzyków. Cenię tę płytę za brzmienie, za niebanalne kompozycje i dojrzałość. Nic absolutnie nie śmierdzi tu fabryką hitów, nie zapodaje żenującymi tekstami spod pióra pewnego znanego pana z telewizora. Jej muzyka ma ręce i nogi, a moja nóżka sympatycznie przytupuje w rytm piosenek Ali.

Kari Amirian “Daddy says I’m special”
Piękna, nastrojowa płyta. Brakowało mi takiej artystki w kraju. Doskonały “ciepły” angielski. Jestem oczarowana.

Joao de Sousa “Rocks”
Warto odkryć Joao. Dla prostych historii opowiadanych w nieskomplikowanych piosenkach, dla charyzmy Portugalczyka zamieszkałego na Dolnym Śląsku, dla barwy jego głosu.

  • Alicja Janosz

Chcąc napisać o wszystkich wydarzeniach muzycznych, jakich miałam szczęście doświadczyć w 2011 roku, musiałabym długo siedzieć z laptopem na kanapie i wypić chyba ze sto kaw. Skupię się więc na kilku ostatnich koncertach, które miały miejsce tej jesieni i zimy, a o których myśli wciąż powodują ciary na plecach. Zacznę od tego, co wydarzyło się w ubiegłym miesiącu w klubie „Bezsenność“ we Wrocławiu, a co mnie zwaliło z nóg. Był to promocyjny koncert grupy João, która wydała właśnie debiutancki album – Rocks. Od kilku lat śledzę twórczość mojego kolegi, gitarzysty i producenta – Wojtka Orszewskiego, znanego z takich składów jak Miloopa, Digit-All-Love czy Nat Queen Cool, który wraz z João de Sousa stworzył ten projekt. Miałam również okazję usłyszeć wcześniej śpiew João na żywo, podczas jego gościnnego udziału na jednym ze znakomitych jak zawsze koncertów mojego ukochanego składu Mikromusic. Biorąc pod uwagę te dwie składowe, byłam niemalże przeknana, że wieczór będzie bogaty w dobre dźwięki. Nie sądziłam jednak, że będzie to muzyka jednocześnie tak poruszająca do tańca jak i do łez. João jest jednym z najlepiej śpiewających mężczyzn, myślę, że śmiało mogę już powiedzieć, że na polskiej scenie muzycznej. Choć pochodzi z Portugalii, zasiedlił się we Wrocławiu i ku naszemu szczęściu, właśnie w polskich klubach dzieli się swoimi bardzo refleksyjnymi i emocjonalnymi jak na “typowego mężczyznę”, szczerymi tekstami, niesinymi przez piękne, lekko folkowe melodie, niesamowicie wyśpiewane ciepłą i poruszającą barwą głosu, po prostu po mistrzowsku! Świetne kompozycje i bardzo, bardzo oryginalne aranżacje. Polecam z całego serca zarówno ich koncerty jak i nowy krążek.

Niespełna miesiąc wcześniej, bo w październiku, również we Wrocławiu, w ramach cyklu koncertów organizowanych przez Radio Ram, zatytułowanych “Muzyczna Strefa Radia Ram”, sala koncertowa przy ul. Karkonowskiej rozbrzmiała dźwiękami Andrzeja Zauchy w całkiem nowych aranżacjach. I znów, cudownie śpiewający mężczyzna – Kuba Badach, z pierwszą ligą muzyków w kraju, poderwał publiczność do tańca, a momentami wzruszał do łez. Znakomitą interpretacją pięknych piosenek Pana Zauchy, Kuba udowodnił, że nie tylko jego barwa, czy emisja głosu jest rewelacyjna, ale jako człowiek i artysta jest kimś kompletnym i dojrzałym, a nagroda Fryderyka jaką otrzymał w tym roku, została mu bardzo słusznie przyznana. Przy okazji opowieści o Kubie Badachu, jego znakomitym koncercie we Wrocławiu i rewelacyjnej robocie, jaką jest krążek z tym samym repertuarem, nie można pominąć faktu, że również w roku 2011 ukazała się kolejna, trzecia w dorobku płyta Poluzjantów, gdzie Kuba dowodzi. Płyta ta jet zatytułowana “Trzy metry ponad ziemią” i jak cała dyskografia grupy, z pewnością zasługuje na Waszą uwagę.

W tym samym miesiącu odwiedziłam Kalisz, w którym jak co roku, już od wielu lat, odbywa się dwudniowy festiwal o nazwie Bluesonalia. W tym roku, moją prywatną gwiazdą festiwalu był Robben Ford, choć obok niego na scenach festiwalowych pojawiły się takie gwiazdy jak Coco Montoya czy Chris Duarte. Roben Ford, znany ze współpracy z takimi gwiazdami jak Miles Davis, Joni Mitchell, Bob Dylan, John Mayall czy Greg Allman, do Polski przyjechał jedynie z basistą i perkusistą. Ten koncert udowodnił, że piękna muzyka nie potrzebuje bogatych partii instrumentalnych i kilkunastu osób na scenie. Również w tak małym składzie jak trio Robena Forda można zagrać wspaniały koncert, w którym niczego nie brakowało. Wspominam o tym koncercie, bo wcześniej nie znałam solowej twórczości tego artysty, a jest ona naprawdę czymś znakomitym!