Po kilku latach perturbacji Jamie Woon powrócił w zeszłym roku z trzecim albumem, zatytułowanym „3, 10, Why When”. W tym czasie zdążył parokrotnie wystąpić w naszym kraju. Przy okazji ostatniego koncertu w warszawskim klubie Palladium, który zorganizowało Live Nation Polska, mieliśmy okazję porozmawiać z Jamiem o jego dotychczasowych dokonaniach, o wspomnianej płycie i o tym, jaką rolę odgrywa muzyka elektroniczna w jego twórczości.
Jesteś postrzegany jako jeden z artystów, będących częścią elektronicznej sceny Londynu, ponieważ współpracowałeś z innymi artystami z tego gatunku, a tymczasem słuchając Twoich płyt, słuchać na nich głównie r&b, soul, funk, czy pop. Jak to się stało, że zostałeś częścią tej sceny elektronicznej Londynu?
To bardzo ciekawe pytanie. Myślę, że Londyn jest miejscem pełnym różnych rodzajów muzyki, a wśród nich jest wiele odmian muzyki elektronicznej, zwłaszcza w tamtym czasie, kiedy ja się zacząłem w niej obracać. Ukończyłem szkołę muzyczną Brit, a potem także uniwersytet w Westminster. Dorastałem jednak w tradycji songwriterskiej, ale ponieważ grałem sam z moją gitarą, mogłem występować wszędzie. Grałem więc w klubach, grałem w na bardziej hipsterskich eventach z muzyką elektroniczną i soulową. Myślę, że w ten sposób doszło do tego połączenia, ponieważ to był ten moment, kiedy było muzyka elektroniczna, chociażby za sprawą dubstepu, przechodziła do głównego nurtu. Poza tym pracowałem z Burialem, który był wówczas bardzo wpływową postacią. Natomiast w muzyce pop nastąpił wysyp piosenkarzy i piosenkarek, grających bardzo akustyczne rzeczy. Też się na to łapałem, ale mimo tego, że pisałem wszystkie piosenki na gitarze akustycznej, czułem, że nie chcę przedstawiać mojej muzyki w ten sposób. Kiedy sam zacząłem wchodzić w produkcję, nie wiedziałem, co robię (śmiech). Po prostu zabrałem sample od moich przyjaciół i zacząłem grać, ale dodałem je do piosenek, które napisałem w formie akustycznej. Ta hybryda okazała się falą, do której zostałem przypisany po mojej pierwszej płycie. Z jednej strony fajnie, ale z drugiej – okazało się to mylące.
Od tamtej pory grasz głównie na gitarze, a czy nauczyłeś się grać także na innych instrumentach przez te lata?
Tak, nauczyłem się dużo więcej nie tylko o samych instrumentach i grze na nich, ale także o studiach, których też używam jako instrumentów. Poza tym uwielbiam automaty perkusyjne. Kupiłem ostatnio kilka starych instrumentów tego typu.
MPC?
O tak, uwielbiam MPC i komponowanie rytmów na nim. To jedna z moich ulubionych rzeczy. Rytm jest ogromną częścią tego, co lubię robić.
Zauważyłem jednak, że elementy muzyki elektronicznej praktycznie wyparowały z Twojej twórczości. Słuchając Twojej ostatniej płyty „3, 10, Why When”, nie mają ich prawie wcale. Nadal jednak współpracujesz z artystami z kręgu muzyki elektronicznej. Czy to znaczy, że właśnie we współpracy z nimi, realizujesz się na polu elektroniki?
To bardzo ciekawe pytanie. Chyba muszę przyznać Ci rację. Nie żyję muzyką elektroniczną tak, jak artyści, którzy ją tworzą. Postrzegam muzykę jako zbiór barw. Więc rzeczywiście, jeżeli mogę ubarwić czyjąś piosenkę bitem, groovem, czy loopem, to z przyjemnością na taką współpracę przystaję. O własnej twórczości jednak nie myślę w taki sposób, w jaki tworzy się muzykę elektroniczną. Organiczne, naturalne brzmienie jest dla mnie najistotniejsze.
Wspomniałeś o Burialu. Jak duży wpływ miał na Ciebie?
Ogromny. Byłem pełen podziwu dla niego i jego procesu tworzenia, który jest tak inny od każdego innego, z którym się zetknąłem. No i to, jaki mówi o dźwięku i sposób, w jaki jego muzyka integruje się z życiem i tak dalej. Miałem sporo szczęścia, że spotkałem go w takim momencie mojej artystycznej drogi, kiedy zastanawiałem się, jak sam powinienem brzmieć. On był bardzo hojny wobec mnie i dał mi jedną z najlepszych rzeczy, jakie ktokolwiek kiedykolwiek dla mnie zrobił – dał mi dostęp do folderu z plikami pełnymi dźwięków, z którego mogłem dowolnie korzystać.
Twoja mama jest piosenkarką i wykonuje muzykę celtycką. Czy to również miało wpływ na Ciebie?
Zdecydowanie. Może kiedy byłem młody, nie czułem się z tym tak fajnie – byłem wówczas zafascynowany muzyką gitarową i tak dalej. Dopiero później to doceniłem i jestem bardzo wdzięczny, że zostałem wychowany w duchu muzyki tworzonej z intencją folkową, naturalną. Kiedy słuchasz muzyki folk, pływasz w oceanie melodii. Miałem szczęście doświadczyć tego jako dziecko – moja matka po prostu wychodzi na scenę i gra koncerty, nagrała płytę m.in. w Nashville. Widziałem w jaki sposób pracuje z innymi muzykami, jak produkuje – jest świetną producentką. To wszystko było dla mnie naprawdę inspirujące.
Folk inspirował Cię tylko od strony wspomnianych melodii, czy też harmonii?
Myślę, że pod kątem skal i sposobów układania melodii. To wszystko jest w folku. Poza tym to muzyka, która łączy się z czymś znanym, może nawet starym, ale ponadczasowym.
Mówisz, że najistotniejsze jest dla Ciebie organiczne granie. Słuchając wspomnianej „3, 10, Why When” na pierwszym planie jest jednak Twój głos.
To prawda, bo oprócz mojego sposobu pisania piosenek, chciałem uwypuklić na tej płycie teksty, z których jestem bardzo dumny. Wcześniej nie zawsze udawało mi się w pełni wyrazić to, co chcę przekazać w tekstach moich piosenek. Tym razem tak, co ogromnie mnie cieszy, bo to było moim głównym celem przy tej płycie.
Nie licząc EPek, „3, 10, Why When” ukazało się w ubiegłym roku po 10-letniej przerwie od wydania „Making Time”. Wiem, że pracujesz dość skrupulatnie i niespiesznie, ale 10 lat to jednak sporo czasu.
Nie myślałem o tak długiej przerwie. Tworzę muzykę praktycznie przez cały czas. Trochę jednak przestałem rezonować z tym, co piszę… Do tego jeszcze pandemia pojawiła się w środku tego wszystkiego. W tym czasie miałem także problemy z managerem i wsparciem ze strony wytwórni. Żeby wypuścić płytę, trzeba dużo energii i celu, jaki ma jej wydaniu przyświecać. Potrzebowałem, aby wszystko znowu szło we właściwym kierunku. Długo też zajęło mi znalezienie właściwych ludzi. Kiedy zacząłem pracować z Martinem (Terefem, producentem płyty – przyp. MM), zacząłem myśleć, że on mógłby mi pomóc zrealizować ten album. I to także jeden z powodów, dlaczego nie brzmi on elektronicznie. Martin nie jest producentem elektronicznym. Pracuje globalnie w muzyce pop i w muzyce akustycznej. Uwielbiam pracę z producentem i nauki, jaką z tego wyciągam.
Wypuściłeś ten album samodzielnie, bez udziału wytwórni.
Zgadza się. Po drodze zostałem ojcem i byłem na urlopie tacierzyńskim, więc chciałem ją szybko wydać (śmiech). Nie miałem żadnego planu. Chciałem, żeby to było w odpowiednim momencie. Chciałem muzykę pokazać i za jej pomocą porozmawiać z ludźmi.
Tytuł „3, 10, Why, When” brzmi jak odliczanie.
Owszem. Jest na niej dużo tematów dotyczących czasu. Często zadajemy sobie pytanie: Dlaczego coś trwa tak długo? Miałem w sobie wiele konfundujących uczuć w momentach, kiedy byłem bardzo zmęczony. Próbowałem sprawdzić fenomenologię własnego życia: Dlaczego myślę tak? W jaki sposób myślę? Co sprawia, że konkretne rzeczy na mnie działają? To stało się dla mnie główną informacją, którą starałem się zawrzeć na tej płycie. Próbowałem być tak szczery, jak tylko mogłem, opowiadając o własnym wewnętrznym doświadczeniu. A liczenie wzięło się stąd, że sporo osób pytało mnie, kiedy wreszcie wydam coś nowego. Czy to będzie za 3 czy za 10 lat? (śmiech).
Wydaje mi się, że ta płyta wypełnia trochę lukę po Justinie Timbelake’u, który teraz praktycznie nie nagrywa nowych płyt. „3, 10, Why, When” ma bardzo podobną wibrację zwłaszcza do dwóch pierwszych płyt Justina, które miały funkową mieszankę futurystycznego R&B, które stworzył z Timbalandem i Pharellem Williamsem. Dla mnie to trochę kontynuacja tej drogi, którą on zaczął ponad 20 lat temu.
Miło mi to słyszeć. Uwielbiam te wczesne płyty Justina. Myślę, że to dotyczy ludzi w naszym wieku. Wychowaliśmy się na muzyce Michaela Jacksona i Prince’a. Oni wtedy byli cali muzyką.
Na koniec chciałem Cię spytać o członków zespołu, z którymi grasz, bo wydaje mi się, że to stały skład od lat?
Tak, Charliego Platta, który gra na klawiszach poznałem gdy miałem 16 lat. Z Danem See i Danielem Gulino gramy od 17-18 lat. Znamy się wszyscy od lat i przeżyliśmy niejedno. Nie ma między nami wielu dyskusji, bo po prostu nie ma takiej potrzeby.


