Po 4 latach od jakże dobrze przyjętego „Easy Sailing” Anthony Strong powraca z siódmym wydawnictwem „And then we kiss…”. Po pierwszym odsłuchu stwierdziłem, że to jak dotąd możliwie najlepsza płyta tego brytyjskiego artysty. Śpiewaniem sprawił, że rozrywkowy jazz ma swojego giganta w jakże klasycznym wydaniu i jest jednym z najlepszych w tej dziedzinie. Jako muzyk, pianista udowadnia, że tak jak posługuje się kunsztem wokalnym tak samo zachwyca jako instrumentalista. Na nowym albumie dochodzi do tego niezwykła pomysłowość i doświadczenie jeśli chodzi o produkcję i aranżacje. Pokusił się bowiem o projekt, w którym to nagrywając znów romantyczne, jazzowe piosenki poszerzył je w sześciu numerach o spektakularne, orkiestrowe przestrzenie.
Trzynaście utworów wziętych z musicali, amerykańskich standardów i rozrywkowych list lekko prosi się o choćby jeden autorski bo przecież wiemy, że pisać piosenki to Anthony umie. Jest to jednak album ukierunkowany tylko na covery. Tytuł dosłownie odznacza klimat jaki tu panuje. Jest romantycznie, jest patetycznie, ale w pełni pozytywnym tego słowa znaczeniu. Każda piosenka błyszczy emocjami, miłością, relacją i wszystkim co najlepsze z tym związane. Zarówno teraz jak i na albumie z 2022 roku trzon stanowią Anthony na fortepianie, Nick Fitch na gitarach, Joel Barford na perkusji, Spencer Brown na basie oraz Brandon Allen na saksofonie. Dołączyła do nich cała sekcja smyczków zaaranżowana przez Calluma Au czyli mistrza współpracującego z Quincy Jonesem czy Michaelem Buble (aczkolwiek nie lubię wymieniać jego nazwiska przy Strongu, bo uważam, że Anthony jest o poziom lepszy). Można się zatem nieźle uraczyć takimi przyjemnościami jak „Some enchanted evening”, „My favourite things”, „The things we did last Summer” czy „Pennies from heaven”.
Jak zwykle największym skupieniem oznaczony jest wokal Stronga. Jego lekkość śpiewania, klasyczne frazowanie i przepiękne, nieprzekombinowane wokalizy sprawiają, że te romantyczne piosenki są jakby do niego przyklejone. Przy „Where is love” jest to najbardziej dobitne i uwypuklone, gdzie tekst, melodia i ten klarowny głos nawleczone są jakby na jedną igłę. Dodając do tego całą sekcję smyczków, którymi to w nagraniu dyrygował sam Anthony mamy jeden z najpiękniej przygotowanych projektów dla odbiorców szukających romantycznych uniesień. Moim faworytem w tej materii jest „While we were young”, gdzie zarówno smyczki jak i solo na saksofonie satysfakcjonuje mnie najmocniej pod względem aranżacji, a wokal płynie linią melodii skupiając się na budowaniu opowieści z przypisaną temu kulminacją. I choć wszystko jest bardzo spójne to można rzeczywiście znaleźć własną perełkę w tym zestawieniu. Myślę, że każda piosenka zyska w odbiorze miano faworyta i to będzie najlepszym spełnieniem tego albumu. Jednocześnie trzeba powiedzieć, że album jest bardzo rozrywkowy, skierowany dla marzycieli i fanów lekkich przyjemności a nie jazzowych dramaturgów (którzy także są tutaj mile widziani).
„If you leave me now” oraz „No two people” są dodatkowo wokalnymi duetami gdzie zaśpiewała Samina Beroff. To francuska wokalistka około jazzowa także wykonująca standardy i covery, która zadebiutowała w 2022 roku albumem „Unfolding” bardzo dobrze przyjętym przez francuskich krytyków. Nie dziwi mnie wybór właśnie tej wokalistki, bo wspólnie ze Strongiem mają podobny charakter i doskonale się uzupełniają. Szczerze przyznam, że Anthony jest stworzony do duetów i może kiedyś pokusi się także o taką płytę. Byłaby to niezła przygoda. Jednakże wracając do „And then we kiss..” można śmiało powiedzieć, że album jest ogromnym sukcesem, bo wszystko jest tutaj na swoim miejscu, a klimatem wybiega ponad inne coverowe projekty znanych artystów. Jedyne do czego bym się tylko przyczepił to projekt okładki. Jest ona dosłowna, słodka i lekko przerysowana… nie zwróciłbym na nią uwagi, a przecież zawartość jest tak doskonale przygotowana, przemyślana i nagrana. Głos Anthonego z kolei nieprzerwanie magnetyzuje i koi.


