KOWLASKA to pochodząca z Kazimierza Dolnego wokalistka i songwriterka. Wydana pod koniec maja debiutancka EPka „A jednak nachodzą mnie stale” łączy zamiłowanie artystki do żywych instrumentów z zaciekawieniem możliwościami produkcyjnymi obecnych czasów. Ten minialbum jest podsumowaniem poszukiwań brzmieniowych KOWLASKIEJ oraz wynikiem jej współpracy z producentem Bartłomiejem Patlą (zespół SHRON). Równolegle z warstwą muzyczną, w której artystka przeplata wokalne melizmaty z melorecytacją, warstwa tekstowa rzuca światło na tzw. „early twenties” wokalistki, będąc pewnego rodzaju kalką jej notatników z czasów studiów i wchodzenia w dorosłość.

Z okazji premiery debiutu zadaliśmy Ewie kilka pytań o emocje jakie jej towarzyszyły przy tworzeniu EPki, doświadczeniu w teatrze, slamach poetyckich czy procesie twórczym z muzykami jazzowymi.


Tytuł Twojej debiutanckiej EPki to „A jednak nachodzą mnie stale”. Co to za myśli, emocje lub demony, które nachodzą Cię i domagały się ujścia w tych sześciu utworach?

Tytuł bezpośrednio nawiązuje do frazy z pierwszego utworu – „Intro”, która w całości brzmi „A jednak nachodzą mnie stale reminiscencje takich wątpliwości”. To zdanie, które zapoczątkowało w ogóle moją świadomą pracę nad tą EPką. Padło kiedyś w rozmowie z moim znajomym i od razu wiedziałam, że będzie puentą pierwszego utworu. Natomiast tytułem EPki stało się dużo później, chyba nawet na początku tego roku. Jest dla mnie coś urzekającego w tytułach piosenek, filmów czy książek, które brzmią jak fragmenty rozmowy albo odpowiedzi na pytania, których odbiorca nie słyszał, ale może sobie je trochę dopowiedzieć, dlatego tytuł będący frazą z albumu to był dla mnie naturalny wybór. Zdecydowałam, że to będzie to zdanie, bo faktycznie w trakcie pracy nad EPką często towarzyszył mi natłok myśli, czasem wątpliwości czy różne też emocje, którym się przyglądałam. Wydając tę EPkę chciałabym się z nimi już trochę pożegnać, ale nauczyłam się, że to wszystko są po prostu jakieś informacje o mnie, czasem sygnały tego, co niezaopiekowane, a czasem jakieś elementy intuicji. Mam nadzieję, że dzięki doświadczeniom z pracy nad EPką będę potrafiła się z nimi zaprzyjaźnić. I w sumie ten minialbum właśnie o tym dla mnie jest.

Muzyka która tworzysz oscyluje pomiędzy neo-soulem a r’n’b, ale intrygujące jest tutaj nawiązanie w utworze „Normalnie” do slamów poetyckich. Skąd w Tobie ta potrzeba słowa bez popowego śpiewania? Co daje Ci melorecytacja czego nie potrafi oddać śpiew?

Utwór „Normalnie” napisałyśmy razem z Justyną Kalbarczyk – blue jay – i powstał on pod wpływem naszych rozmów, a ponieważ obie bardzo lubimy eksplorować słowa, to takie zabawy melorecytacyjne przyszły nam bardzo naturalnie. Będąc na studiach dziennikarskich działałam w Radiu LUZ, a oprócz tego chodziłam na slamy poetyckie (choć nigdy nie odważyłam się wystąpić!) i w tamtym czasie bardzo dużo o myślałam o językach, konstrukcjach zdań i komunikacji. I to dalej jest coś, co jakoś mnie zawsze porusza. Muzyka przecież też jest językiem, dlatego trudno mi to jakoś od siebie oddzielić. Wydaje mi się, że pisząc „Normalnie”, ale też „Intro” czy „7” chciałam też eksplorować taki naturalny rytm myśli, dlatego tyle jest w tych utworach melorecytacji, ale jako wokalistka absolutnie kocham śpiewać i na kolejnych wydaniach można się spodziewać bardzo dużo śpiewania, jak np. we „Wzrusza mnie”.

Posiadasz doświadczenie teatralne; piosenka aktorska stawia na interpretację tekstu i kreację, z kolei muzyka jaką tworzysz wymaga luzu i „groove’u”. Czy doświadczenie z desek teatru pomaga Ci na koncertach czy na początku musiałaś te dwie techniki śpiewania trochę poprzestawiać?

Bardzo to jest ciekawe pytanie, hmmm… jako nastolatka słuchałam bardzo dużo soulu, jazzu czy r&b, jeździłam na warsztaty jazzowe i jakoś relacja z tymi gatunkami wytworzyła się u mnie naturalnie. Musical to coś, co kocham z kolei za storytelling, syntezę śpiewu, aktorstwa i tańca i atletyzm, jakiego wymaga. Natomiast piosenka aktorska to coś, czego jeszcze wciąż chyba nie rozumiem. Wracam często myślami do zajęć, na których bawiłam się bardzo dobrze i eksplorowałam inne podejście do śpiewania, a może nawet muzyki w ogóle, do ciała jako instrumentu czy kanału przekazującego emocje. Na pewno zaczęłam zwracać większą uwagę do ruchu scenicznego, ale chyba dalej trudno byłoby mi powiedzieć, na czym polega piosenka aktorska. Myślę, że wyciągnęłam z tego doświadczenia tyle, ile potrafiłam i tyle też wkładam w swoje koncerty, ale pozostaję otwarta na to, że w tym aspekcie wciąż mam wiele do zrozumienia. Jestem też przekonana, że aspekt interpretacyjny istnieje w absolutnie każdym gatunku muzycznym, a przy tym chyba każdy gatunek podchodzi do tego aspektu może trochę inaczej? Myślę, że warto to obserwować i z tego czerpać.


Zaprosiłaś do współpracy muzyków z polskiej sceny jazzowej i alternatywnej. Jazz to z założenia wolność i czysty żywioł. Na ile materiał, który przyniosłaś do studia, był zamkniętą strukturą, a na ile pozwoliliście sobie na czystą, żywą improwizację i wspólne „klejenie” tego brzmienia na setkę? Jak wyglądał proces wspólnego nagrywania tego materiału?

Mam ogromne szczęście znać muzycznie i prywatnie tych artystów już wiele lat: Bartłomiej Patla, Karol Jagieła, Martyna Bieszczad, Marcin Majcherek i Piotr Harazin, dlatego pracując nad materiałem na EPkę w mniej lub bardziej świadomy sposób o nich myślałam. Tak naprawdę z tej ekipy najkrócej znamy się z Marcinem, ale szybko okazało się, że nadajemy na tych samych falach i dlatego zaprosiłam go do nagrań. Same formy utworów były raczej określone przeze mnie podczas komponowania, na próbach podjęliśmy tylko kilka decyzji co do długości części instrumentalnych. Grając niektóre z tych utworów na żywo trochę bardziej otwieraliśmy formy na dłuższe solówki czy inne zakończenia. Jeśli chodzi o harmonię to też była ona napisana przeze mnie, ale poza tym, jeśli chodziło o tworzenie partii każdego z instrumentów, działo się to w większości na próbach, czasem ktoś miał jakąś propozycję np. na linię basu albo odbijaliśmy się od jakiegoś mojego mniej lub bardziej konkretnego pomysłu, ale tak naprawdę większość pracy polegała po prostu na słuchaniu się nawzajem, proponowaniu i uzupełnianiu się. Każdy z tych artystów ma swoją bardzo wyraźnie zarysowaną wrażliwość, a jednocześnie taką piękną umiejętność zauważania, co będzie najlepsze dla danego utworu, bez jakiejś walki, że kogoś musi być najwięcej i myślę, że dlatego tak dobrze się to wszystko połączyło. Jeśli chodzi o samo nagrywanie, to wszystkie utwory, na których jest band, czyli „Intro”, „7” i „Wzrusza mnie” nagrywaliśmy tak, że sekcja rytmiczna (Marcin i Piotrek) dogrywała się w studiu do demo, które przygotowaliśmy z Bartkiem (piano + wokal), potem Bartek poprawiał jeszcze piano, a Martyna (saksofon altowy, saksofon tenorowy i flet poprzeczny) i Karol (gitara) dogrywali się do tego, a na koniec ja nagrywałam wokale. Przed nagraniami mieliśmy próby, na których wszystko ustaliliśmy, a potem wchodziliśmy do studia, gdzie Bartek realizował nagrania. Całość była oczywiście rozłożona w czasie, ale same nagrania poszły bardzo sprawnie, a przy tym, myślę, że po prostu dobrze się bawiliśmy.