Trzeci dzień BitterSweet Festivalu w Poznaniu miał bardzo wyraźny rytm. Zaczynał się od dużych, rozpoznawalnych nazwisk, później coraz odważniej skręcał w stronę muzycznych eksperymentów, a kończył tam, gdzie trudno byłoby spodziewać się finału plenerowego festiwalu – przy Chopinie.
Sobotni program dobrze pokazywał, że BitterSweet nie chce być wydarzeniem zamkniętym w jednym gatunku. Na poznańskiej Cytadeli spotykały się pop, R&B, elektronika, jazz, blues i klasyka. Najciekawsze było jednak nie samo zestawienie tych stylistyk, lecz to, jak różnie artyści korzystali z muzycznej przeszłości. Jedni przywoływali ją bezpośrednio, inni przetwarzali ją na własnych zasadach.

Jednym z najmocniej wyczekiwanych punktów soboty był występ Ciary. Artystka pojawiła się o 19:00 na BitterSweet Stage i już samo jej nazwisko uruchamiało skojarzenia z okresem, kiedy amerykańskie R&B i pop dominowały w radiu, telewizji muzycznej i na listach przebojów.
Jej koncert dobrze wpisywał się w charakter festiwalu, który chętnie sięga po artystów budzących wspomnienia, ale nie traktuje nostalgii jako głównego celu. W przypadku Ciary najważniejsza była energia. To artystka, której sceniczny język od początku kariery opiera się nie tylko na wokalu, lecz także na rytmie, choreografii i bardzo świadomym operowaniu ruchem.
Właśnie dlatego jej występ miał naturalnie widowiskowy charakter. Muzyka Ciary jest mocno osadzona w tanecznej odmianie R&B, ale jednocześnie od lat funkcjonuje na pograniczu popu i hip-hopu. W festiwalowych warunkach takie połączenie działa szczególnie dobrze, bo nie wymaga od publiczności długiego skupienia. Rytm przejmuje inicjatywę niemal natychmiast.
Największą siłą tego koncertu było poczucie ciągłości. Utwory kojarzone z początkiem kariery artystki nie funkcjonowały wyłącznie jako pamiątki z innej epoki. W nowym kontekście stawały się częścią współczesnego show. To ważne, bo łatwo zamienić koncert artysty z wieloletnim dorobkiem w prostą podróż sentymentalną. Tutaj większą rolę odgrywała scena jako przestrzeń działania tu i teraz.
Ciara od lat buduje swój wizerunek na precyzji ruchu i fizycznej ekspresji. To jedna z tych wykonawczyń, w przypadku których taniec nie jest dodatkiem do piosenki, ale jednym z jej podstawowych elementów. Na dużej festiwalowej scenie widać to szczególnie wyraźnie. Koncert nie opiera się jedynie na kolejnych numerach, lecz na płynnym przechodzeniu między muzyką, ruchem i wizualną stroną widowiska.
W Poznaniu ten sposób prezentacji miał dodatkowy sens. Publiczność BitterSweet jest bardzo zróżnicowana pokoleniowo, a Ciara potrafi łączyć dwa rodzaje odbiorców. Dla jednych jest artystką znaną od lat i symbolem konkretnego okresu w muzyce popularnej. Dla innych to nazwisko odkrywane na nowo poprzez współczesną kulturę pop.
Dzięki temu występ nie zamknął się w kategorii „powrotu gwiazdy sprzed lat”. Był raczej przypomnieniem, że część brzmień kojarzonych z początkiem XXI wieku wciąż bardzo dobrze odnajduje się na dużej scenie. Bas, rytm i taneczna forma starzeją się inaczej niż produkcyjne mody. Jeśli nadal potrafią poruszyć tłum, data premiery utworu zaczyna mieć drugorzędne znaczenie.
Ciara była więc jednym z najbardziej oczywistych, ale też najbardziej trafnych wyborów programowych tego dnia. Jej koncert wnosił do sobotniego programu lekkość i bezpośredniość. Nie wymagał dodatkowego komentarza ani intelektualnego klucza. Miał działać poprzez tempo, ciało i pamięć melodii. I właśnie dlatego dobrze otwierał dalszą część wieczoru, która prowadziła już w znacznie mniej oczywiste rejony.

Kilka godzin później uwaga przenosiła się na zupełnie inną scenę i zupełnie inną wrażliwość. Marcin Masecki pojawił się z „Suitami Bluesowymi”, projektem opartym na dialogu z historią bluesa.
W jego podejściu nie ma jednak potrzeby wiernego odtwarzania dawnych form. Masecki traktuje tradycję swobodnie. Interesuje go nie tyle rekonstrukcja, ile możliwość wyciągnięcia z dobrze znanego języka czegoś własnego.
„Suity Bluesowe” były właśnie takim przykładem. Blues stawał się punktem wyjścia, a nie końcowym efektem. Rozpisany na większy skład, przechodził przez filtr jazzu, współczesnej kompozycji i charakterystycznego poczucia muzycznego humoru.
Po dużym popowym widowisku była to wyraźna zmiana perspektywy. Zamiast natychmiastowej reakcji liczył się detal. Zamiast znajomego refrenu – sposób, w jaki muzycy budują napięcie i prowadzą między sobą rozmowę.
To właśnie takie kontrasty dobrze służą festiwalom. Pozwalają wyjść poza prosty podział na główną scenę i program poboczny. Masecki nie był dodatkiem do większych nazwisk. Reprezentował inną ideę koncertu – bardziej wymagającą, ale też dającą inne doświadczenie.

O północy kierunek zmieniał się ponownie. Faithless to zespół, którego muzyka od początku była związana z nocą, klubem i powtarzalnością rytmu. W ich przypadku koncert nie polega jedynie na odtwarzaniu znanych kompozycji. Najważniejsze jest stopniowe budowanie napięcia i wciąganie publiczności we wspólny puls.
Umieszczenie ich występu o tej porze było więc naturalne. Po północy festiwalowa przestrzeń zaczyna funkcjonować inaczej. Zmęczenie miesza się z euforią, a publiczność mniej analizuje, a bardziej reaguje.
Faithless pasują do takiego momentu niemal idealnie. Ich muzyka przypomina okres, kiedy elektronika na dobre weszła na wielkie sceny i przestała być kojarzona wyłącznie z klubami. Dzisiaj ten repertuar ma już własny ciężar historyczny, ale wciąż opiera się na bardzo prostym mechanizmie: rytm ma działać fizycznie.
W sobotnim programie był to kolejny rodzaj powrotu do przeszłości. Ciara przywoływała wspomnienia związane z popem i R&B, Masecki cofał się do tradycji bluesowej, a Faithless uruchamiali pamięć klubowej kultury końca XX i początku XXI wieku.

Najbardziej nieoczywisty punkt soboty pojawiał się jednak dopiero później. O 1:45 zaplanowano projekt „BITTER Chopin, SWEET Chopin”. Już sam pomysł, aby po całym dniu głośnych koncertów zakończyć festiwal muzyką Chopina, był ryzykowny. Tym bardziej że nie chodziło o klasyczny recital.
Projekt łączył elektronikę, fortepian i orkiestrę. Tym samym muzyka Chopina trafiała w zupełnie inne środowisko niż to, w którym zazwyczaj jest prezentowana. I właśnie to było w całym pomyśle najciekawsze.
W sali koncertowej Chopin niesie ze sobą określony rytuał. Publiczność siada, zapada cisza, a muzyka rozpoczyna się w bardzo kontrolowanych warunkach. Na festiwalu sytuacja jest odwrotna. Ludzie są po wielu godzinach koncertów, część z nich wcześniej słuchała elektroniki albo popu, wokół wciąż trwa nocne życie wydarzenia.
W takim otoczeniu muzyka klasyczna musi odnaleźć się na własnych zasadach. Nie chodzi więc o to, by udawała muzykę klubową, ani o proste „uwspółcześnianie” Chopina. Znacznie ciekawsze jest sprawdzenie, czy jego kompozycje mogą funkcjonować poza dobrze znanym kontekstem i wejść w dialog z brzmieniami, których sam kompozytor nie mógł znać. Taki finał dobrze podsumowywał cały dzień. Sobotni BitterSweet miał charakter muzycznej wędrówki. Nie zawsze oczywistej i niekoniecznie uporządkowanej, ale właśnie dlatego interesującej.
Ciara reprezentowała świat wielkiego popowego show i R&B. Marcin Masecki pokazywał, że historię muzyki można przetwarzać bez przesadnego respektu wobec oryginału. Faithless przypominali o czasach, kiedy elektronika stała się jednym z najważniejszych języków masowej kultury. Chopin natomiast pojawiał się na końcu jako najbardziej odległy punkt tej podróży.
Na papierze taki zestaw może wyglądać jak program złożony z zupełnie nieprzystających do siebie elementów. W praktyce łączył je jeden temat: pamięć. Każdy z tych artystów pracował z nią inaczej.
Ciara przywoływała wspomnienia bezpośrednio. Masecki traktował przeszłość jak tworzywo. Faithless zamieniali ją w nocną, zbiorową energię. Chopin został natomiast przeniesiony w miejsce, w którym nikt nie musi słuchać go zgodnie z utrwalonym rytuałem.
I może właśnie to było najciekawsze w ostatnim dniu BitterSweet Festivalu. Nie sama liczba znanych nazwisk, ale możliwość przechodzenia między światami, które na co dzień rzadko spotykają się w jednym miejscu.
Wystarczyło kilka godzin, żeby przejść od Ciary do Chopina. I choć brzmi to jak programowy paradoks, na Cytadeli miało zaskakująco dużo sensu.


