Drugi dzień BitterSweet Festivalu można było spędzić na wiele sposobów. Można było biegać między scenami za największymi nazwiskami, można było szukać tanecznych hitów albo zaszyć się przy bardziej kameralnych występach. My wybraliśmy trasę prowadzącą od nowozelandzkiego luzu Leisure, przez koncertową energię Mroza i pop Rity Ory, aż po nocny klimat Cheta Fakera. Na koniec czekała jeszcze zupełnie inna historia – Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus. I właśnie te gwałtowne zmiany nastroju okazały się największą zaletą piątku na poznańskiej Cytadeli.

Leisure | Bittersweet Festival 2026 photo (c) Maciek Czyżewski

O 16:30 Enea Stage należała do Leisure. Nowozelandzki zespół dostał godzinę, o której część festiwalowej publiczności dopiero pojawiała się na terenie imprezy. Paradoksalnie pasowało to do ich muzyki.

Leisure nie próbują zdobywać słuchacza siłą. Ich utwory rozwijają się spokojnie, opierając się na rytmie, miękkich gitarach i soulowo-elektronicznym charakterze. To muzyka, która zdecydowanie lepiej pasuje do popołudnia na trawie niż do przepychania się pod barierkami.

Występ był dobrym początkiem dnia właśnie dlatego, że niczego nie przyspieszał. Można było wejść w festiwal we własnym tempie. Z czasem pod sceną robiło się coraz tłoczniej, ale koncert nadal zachowywał swój niewymuszony charakter. Nie był to występ oparty na wielkich gestach. Leisure postawili przede wszystkim na brzmienie i atmosferę. I w tej roli sprawdzili się bardzo dobrze – zanim na innych scenach zaczęła się walka o uwagę publiczności, tutaj przez chwilę można było po prostu posłuchać muzyki. Niecałą godzinę później atmosfera była już zupełnie inna.

Mrozu | Bittersweet Festival 2026 photo (c) Hubert Grygielewicz Maciej Chomik

Mrozu wszedł na BitterSweet Stage o 17:15 i szybko przypomniał, jak bardzo zmieniła się jego pozycja na polskiej scenie. Dziś nie jest artystą z kilkoma rozpoznawalnymi singlami, ale wykonawcą dysponującym repertuarem, który publiczność potrafi śpiewać niemal od początku do końca. To robi ogromną różnicę na festiwalu.

Kolejne utwory nie wymagały długiego wprowadzenia. Wystarczyło kilka pierwszych dźwięków, żeby ludzie pod sceną wiedzieli, co za chwilę nastąpi. „Złoto”, „Za daleko” czy „Jak nie my to kto?” pokazały, że Mrozu może dziś bez problemu konkurować o uwagę publiczności z zagranicznymi nazwiskami festiwalowego plakatu. Jednocześnie jego koncert nie sprawiał wrażenia składanki przebojów odegranej według bezpiecznego schematu. Duża w tym zasługa zespołu. Funk, soul i rockowe elementy dały piosenkom więcej ciężaru niż w wersjach radiowych. Ciekawie wybrzmiały też starsze „Miliony monet”. Utwór pochodzący z zupełnie innego etapu kariery Mroza dziś funkcjonuje niemal jak muzyczna fotografia sprzed lat. Publiczność jednak pamiętała ją doskonale. Mrozu dostał popołudniową godzinę, ale koncert miał energię występu rozgrywanego znacznie później. Pod główną sceną zgromadził się duży tłum, a wspólne śpiewanie szybko stało się ważniejszą częścią wydarzenia niż sama pora dnia. O 19:00 ta sama scena zmieniła charakter.

Rita Ora przywiozła do Poznania koncert zbudowany według reguł dużego, międzynarodowego popowego show: ruch, kontakt z publicznością, wyraziste refreny i repertuar, w którym kolejne znajome melodie pojawiają się w krótkich odstępach. Tutaj nie chodziło o subtelność. „I Will Never Let You Down”, „Ritual”, „Anywhere” czy „Lonely Together” mają zupełnie inne zadanie niż muzyka Leisure. Mają natychmiast uruchomić tłum. I właśnie w festiwalowych warunkach ich konstrukcja działa wyjątkowo dobrze.

Ora przez cały koncert pozostawała w ruchu, ale widowisko nie sprowadzało się wyłącznie do choreografii. Istotną rolę odgrywały również chórzystki, dzięki którym wokalna część występu nabierała pełniejszego charakteru. Było też miejsce na zmianę tonu. „For You”, nagrane wspólnie z Liamem Payne’em, dziś nieuchronnie niesie ze sobą inny ładunek emocjonalny niż w momencie premiery.

Najważniejsze było jednak to, że Rita Ora nie potraktowała festiwalowego występu jak obowiązkowego przystanku w trasie. Szukała kontaktu z publicznością i dostawała odpowiedź. W pewnym momencie ze sceny padło nawet stwierdzenie, że to jeden z jej najlepszych koncertów. Artyści lubią mówić takie rzeczy publiczności. Tego wieczoru Poznaniacy mieli jednak sporo argumentów, żeby uznać komplement za zasłużony. Po Ricie Orze można było spodziewać się kolejnej eskalacji. Tymczasem Chet Faker zrobił coś odwrotnego. O 20:00 na Enea Stage tempo wyraźnie się zmieniło.

Chet Faker | Bittersweet Festival 2026 photo (c) Michal Murawski i Hubert Grygielewicz

Nick Murphy nie potrzebował wielkiego popowego spektaklu. Podstawą jego koncertu pozostawał głęboki wokal, elektronika i brzmienie balansujące między soulem, alternatywą a muzyką klubową. Wraz z zapadającym nad Cytadelą wieczorem utwory zaczęły działać inaczej niż działałyby kilka godzin wcześniej. W repertuarze pojawiły się kompozycje, z którymi Chet Faker jest kojarzony najmocniej – „Gold”, „Talk Is Cheap” oraz jego wersja „No Diggity”.

Było w tym koncercie coś bardzo potrzebnego po popowym rozpędzie poprzednich występów. Zamiast nieustannie zwiększać tempo, można było zatrzymać się przy muzyce bardziej oszczędnej i skupionej na klimacie. Co ważne, nie oznaczało to utraty festiwalowej publiczności. Pod sceną zebrało się wielu słuchaczy. Okazało się, że tego wieczoru na Cytadeli nie trzeba było krzyczeć najgłośniej, żeby przyciągnąć uwagę. Po kilku godzinach popu, soulu i elektroniki można było pomyśleć, że znamy już zakres muzyczny piątkowego BitterSweet. PKO Bank Polski Stage skutecznie ten zakres poszerzyła.

Wieczorny program Orkiestry Kameralnej Polskiego Radia Amadeus został podzielony na trzy części. Każda proponowała inne spotkanie muzyki klasycznej ze współczesnością.

Orkiestra Kameralna Polskiego Radia Amadeus | Bittersweet Festival 2026 photo (c) Maciej Zakrzewski

Pierwsza rozpoczęła się o 20:45. Solistą został Michał Stochel, a jednym z głównych bohaterów – akordeon. Już samo umieszczenie takiego występu w środku dużego festiwalu popularnego było interesującym pomysłem. Nie chodziło przecież o stworzenie osobnego, odizolowanego świata dla odbiorców klasyki. Orkiestra funkcjonowała w tym samym programie, w którym chwilę wcześniej można było słuchać największych popowych przebojów.

O 21:45 przyszedł czas na Maximę Sitarz i muzykę Astora Piazzolli. „Cztery pory roku Buenos Aires” są wdzięcznym materiałem do takiego eksperymentu, bo trudno traktować je jak nieruchomy muzealny eksponat. Jest w nich rytm, napięcie i temperament tanga. Skrzypce oraz orkiestra budowały więc kolejną odmianę festiwalowej energii – mniej oczywistą, ale wcale nie mniej intensywną. Największy eksperyment zaplanowano jednak na 22:45. Sama nazwa „Break Me Amadeus” sugerowała, że tradycyjnego koncertu kameralnego raczej nie będzie.

Break Me Amadeus | Bittersweet Festival 2026 photo (c) Maciej Zakrzewski

Do orkiestry dołączyli tancerze związani z polskim breakingiem oraz DJ Markowy. W programie spotkały się światy, które zazwyczaj mają osobne sceny, osobną publiczność i zupełnie inne koncertowe rytuały. Tutaj breaking nie miał być jedynie wizualnym dodatkiem do muzyki wykonywanej przez orkiestrę. Chodziło o zderzenie dwóch języków opartych na rytmie i precyzji, choć wywodzących się z całkowicie różnych tradycji. W takim zestawieniu pojawiały się kompozycje kojarzone z Vivaldim, Piazzollą czy Kilarem, ale zmieniał się kontekst ich odbioru. Muzyka, której zwykle słucha się siedząc w sali koncertowej, stała się częścią widowiska opartego również na fizyczności i ruchu.

Można dyskutować, czy wszystkie takie międzygatunkowe eksperymenty są równie przekonujące. Ważniejsze było jednak samo podjęcie ryzyka. Na festiwalu wypełnionym sprawdzonymi nazwiskami znalazło się miejsce na projekt, którego nie dało się łatwo przypisać do jednej szuflady. I być może właśnie tutaj najpełniej ujawnił się charakter drugiego dnia BitterSweet. Piątkowy program nie układał się w prostą historię, w której każdy kolejny koncert miał być większy i głośniejszy od poprzedniego. Było wręcz przeciwnie.

Leisure pozwolili spokojnie rozpocząć popołudnie. Mrozu pokazał siłę polskiego repertuaru granego przez bardzo dobry koncertowy zespół. Rita Ora zamieniła główną scenę w popowe widowisko, a Chet Faker chwilę później przyciemnił światło i zaproponował bardziej intymny rodzaj spotkania z publicznością.

Kilkaset metrów dalej orkiestra Amadeus przypominała natomiast, że festiwal muzyczny nie musi kończyć się tam, gdzie kończy się pop, rock czy elektronika. To właśnie możliwość przechodzenia między tymi światami była największą wartością piątku. Na dużych festiwalach łatwo wpaść w pułapkę odhaczania nazwisk z plakatu. Drugi dzień BitterSweet zachęcał do czegoś ciekawszego: zmiany sceny, zmiany tempa, a czasem również własnych muzycznych przyzwyczajeń.

I jeśli po jednym popołudniu można było usłyszeć nowozelandzki groove, polski soul i funk, światowy pop, elektronikę Cheta Fakera, Piazzollę granego przez orkiestrę oraz klasykę spotykającą się z breakingiem, to chyba właśnie takie muzyczne zderzenia najlepiej uzasadniają istnienie festiwalu o nazwie BitterSweet. Nie wszystko musi tutaj do siebie pasować. Wystarczy, że chce się sprawdzić, co wydarzy się po drodze.