Jalen Ngonda na „Doctrine of Love” nie próbuje udowodnić, że soul trzeba wymyślić od nowa. Zamiast tego bierze język klasycznych nagrań z lat 60. i 70. i mówi nim z taką swobodą, jakby był dla niego czymś całkowicie naturalnym. To album elegancki, ciepły i bardzo świadomy swoich korzeni, ale jednocześnie wystarczająco żywy, by nie sprawiać wrażenia stylizowanego muzealnego eksponatu.
Od pierwszych utworów uwagę przykuwa przede wszystkim głos Ngondy. Wysoki, lekko chropowaty tenor i swobodne przejścia w falset są jego najmocniejszą bronią. Potrafi śpiewać delikatnie, niemal szeptem, by chwilę później nadać melodii dramatyczny ciężar. Co ważne, te zmiany nie brzmią jak pokaz technicznych możliwości. Są podporządkowane emocjom i właśnie dlatego wypadają tak przekonująco.
„Doctrine of Love” jest płytą o miłości, ale nie o jej jednej, romantycznej wersji. Ngonda interesuje się także tęsknotą, pokusą, niepewnością, rozstaniem i poczuciem utraty kontroli nad własnymi uczuciami. Dzięki temu album nie zamienia się w zbiór słodkich piosenek o zakochaniu. Pod jego wypolerowaną powierzchnią cały czas wyczuwalne jest napięcie.
„Anyone In Love” bardzo dobrze otwiera całość. Jest lekki, melodyjny i natychmiast pokazuje, jak ważna na tej płycie będzie prostota. Nie ma tu potrzeby komplikowania formy. Ngonda opiera utwory na mocnych melodiach, wyrazistych refrenach i aranżacjach, które mają wspierać wokal, a nie z nim rywalizować. Tytułowe „Doctrine of Love” wnosi więcej energii, natomiast „Mr. Train Conductor” pokazuje, że artysta potrafi budować piosenki niemal jak małe sceny filmowe – z konkretną sytuacją, bohaterem i emocjonalnym punktem ciężkości.
Szczególnie dobrze wypadają momenty, w których muzyczna elegancja kontrastuje z treścią. „Burning Temptation” ma w sobie lekkość i rytmiczną płynność, choć opowiada o czymś znacznie mniej niewinnym. Z kolei „I Can’t Ever Leave You” należy do tych utworów, w których głos Ngondy naprawdę wychodzi na pierwszy plan. Jest jednocześnie kruchy i mocny, a napięcie budowane jest bardziej sposobem śpiewania niż rozbudowaną produkcją.
Jedną z największych zalet albumu jest właśnie jego oszczędność. Partie smyczków, dęciaków, chórków i sekcji rytmicznej są stylowe, ale nigdy przeładowane. Całość ma ciepłe, organiczne brzmienie, które pasuje do charakteru tych kompozycji. Słychać przywiązanie do tradycji soulu, ale nie ma tu nachalnego epatowania retroestetyką.
Ta konsekwencja jest jednak jednocześnie największym ograniczeniem „Doctrine of Love”. Album porusza się w stosunkowo wąskiej palecie brzmień i nastrojów. Przy pierwszym odsłuchu działa to na jego korzyść, bo całość jest spójna i bardzo przyjemna. Przy kolejnych może jednak pojawić się wrażenie, że niektóre utwory są zbyt blisko siebie pod względem tempa, aranżacji i sposobu budowania melodii. Nie wszystkie zostają w pamięci równie mocno.
To właśnie tutaj pojawia się najciekawsze pytanie dotyczące Ngondy jako artysty. Potrafi już doskonale poruszać się w świecie klasycznego soulu, ale chciałoby się usłyszeć, co wydarzy się wtedy, gdy zacznie mocniej naginać jego reguły. Na „Doctrine of Love” momentów bardziej ryzykownych jest stosunkowo niewiele. Nie osłabia to samej płyty, ale pokazuje kierunek, w którym Ngonda mógłby pójść dalej.
Mimo tych zastrzeżeń trudno odmówić albumowi uroku. Nie brzmi jak chłodna rekonstrukcja dawnego stylu. Jest w nim emocjonalność, która sprawia, że inspiracje przestają być najważniejsze. Po kilku utworach nie zastanawia się już, czy dana aranżacja przypomina stare Motown albo klasyczny southern soul. Ważniejsze staje się to, czy piosenka działa – a bardzo często działa znakomicie.
Najlepsze momenty „Doctrine of Love” pokazują, że czasami nie potrzeba nowego języka muzycznego, żeby powiedzieć coś przekonującego. Wystarczą dobra melodia, wyczucie dynamiki i wokalista, który naprawdę potrafi sprzedać emocję. Ngonda ma wszystkie te elementy.
„Doctrine of Love” nie jest rewolucją. Jest natomiast bardzo świadomą, dopracowaną i zwyczajnie pięknie brzmiącą płytą soulową. Jeżeli kolejnym krokiem Ngondy będzie połączenie tej klasycznej elegancji z większą odwagą stylistyczną, może powstać album jeszcze bardziej osobny. Tutaj jednak już teraz jest bardzo blisko poziomu, na którym inspiracje przestają być najważniejsze, a na pierwszym planie zostaje po prostu jego własny głos.


