Sześć lat temu pochodząca z Kalifornii Gabrielle Cavassa zadebiutowała autorskim albumem co nieco zatrzęsło wokalnym jazzem. Jakże charakterystyczna, brudna barwa i osobliwe podejście do melodii sprawiło, ze także na naszej platformie Cavassa znalazła się w zestawieniu najlepszych płyt 2020 roku. Jej kariera nabrała rumieńców kiedy to w 2023 roku nagrała wokale na prawie cały album Joshuy Redmana i wyruszyła z nim w europejską trasę koncertową. Niedługo potem nastąpił największy przełom, którym okazało się podpisanie kontraktu płytowego z Blue Note Records. Tak oto zaczęła się cała przygoda z tworzeniem „Diavola”, drugiego albumu, którym to pokazuje siebie od przeróżnych stron. Zarówno wokalnie jak i osobowościowo. 


Wydany 1 maja 2026 roku album jest niezwykle oszczędny w aranżacjach i bardzo skupiony na indywidualizm. Większość utworów jest zaaranżowana na raptem trzy instrumenty. Warto już na początku przedstawić ten zespól bo nazwiska są w jazzie dość znane. O tak chociażby nie dziwiący nikogo Joshua Rodman, który nagrał solówki w dwóch kompozycjach, ale za to został producentem całości w czym wtóruje mu Don Was. Na gitarach zagrał Jeff Parker, na perkusji Brian Blade, basem zajął się Larry Grenadier, a trzy utwory z pianem ogarnął Paul Cornish. Wspólnie stworzyli projekt, którego nazwa jakże przewrotnie wzięła się z żartu podczas… jedzenia pizzy. Gabrielle zajadając się diavolą zażartowała, że tak się będzie nazywała jej nowa płyta, po czym jak się nad tym zaczęła zastanawiać to wyszło z tego sugestywne spełnienie. Pizza nie powinna nikogo dziwić w tej historii gdyż wokalistka ma włoski nurt we krwi co podkreśla także dwoma włoskojęzycznymi piosenkami.

Wróćmy jednak do samego albumu bo ma on w sobie sporo interesujących zakamarków. Pierwszym jest od razu rzucający się w ucho spokój aranżacyjny. Bez splendoru, udowadniania wielkości, bez nadmiernych rozproszeń. Po prostu prostota instrumentów i wyrazisty wokal. Jedynymi „rozwiązłościami” są solówki Redmana na saksofonie, które dodają odrobiny pikanterii. Poza tym jest to spokój, ale taki po burzy. Wszyscy dobrze znamy „Raindrops Keep Falling On My Head”, ale w wersji Cavassy to prawdziwa perełka. Zrobiła to z delikatną nostalgią i przepięknym, niespiesznym aromatem jazzu. Idąc w głąb „Diavoli” jest coraz to lepiej bo „Prisoner of love” ma w sobie więcej jasności, a „Bossy nova” to zdecydowanie mój ulubiony numer tej płyty. Lekko płynący, choć zdawałoby się jakby odrobinę unoszący nad ziemią. Tak jak cieszą mnie aranżacje i produkcja tak zachwycam się nieustannie wokalem. Z jednej strony jest współcześnie jazzowy balansując na krawędzi soulu, ale słychać, że nie stara się dominować i okreslać, w którą stronę mu bliżej. Fascynuje mnie to lekko bezczelne znudzenie i niechęć w stylu śpiewania. Jakby miała za chwilę powiedzieć „albo nie, już mi się więcej dzisiaj nie chce”. Jej przydymiony głos wpada niekiedy w pochrapujący stan i to jest w tym wszystkim najbardziej charakterystyczne. 

Tytułowa „Diavola” była ponoć najdłużej nagrywanym utworem z tej kompilacji, gdyż liderka chciała go najbardziej dopracować i mieć pewność, że właśnie tak to sobie wyobraża. Czuć, że ten utwór jest kulminacyjny i wprowadza najwięcej dreszczyku. W pełni zasłużył na miano finałowego. Bardzo warto zwrócić także uwagę na włoski szlagier „Angelo”, którym to wokalistka przywołuje swoje włoskie korzenie i fascynacje. Zaśpiewany z wielkim natchnieniem, ubrany w smyczkowy kontrabas rzeczywiście przenosi tam, gdzie włoski wieczór miesza wschodzący księżyc z zachodzącym słońcem. Kolejną niespodzianką będzie z pewnością równie osobliwa wersja „Could it be Magic” (Barry Manilow). Pierwotnie wzniosła wersja oddycha tu zupełnie innym powietrzem. Klasyczny wstęp pianina wcale nie zapowiada dalszego rozwoju, gdyż leniwa perkusja oraz intymność wokalna stwarza wrażenie jakby ten utwór był tworzony do bycia balladą. Totalnie zaskakujące. „Diavola” ma cały szereg takich niespodzianek, ale resztę zostawimy Wam do odkrycia. Satysfakcja gwarantowana. 

Ocena płyty: