Judyta Pisarczyk oczarowała w 2017 roku zdobywając Grand Prix Ladie’s Jazz Festival w Gdyni, gdzie nie można się było nadziwić z jaką lekkością i śmiałością przychodzi jej frazowanie jazzu. Już wtedy było wiadomo, że mamy w Polsce diament, za który wszyscy trzymali kciuki aby zalśnił jak najszerzej. Rok później wydała zapis koncertu w Radiowej Trójce i… zaczęła udzielać się bardziej gościnnie niż solowo. W 2025 roku nagrała album wraz z poznańskim kontrabasistą Damianem Kostką, ale teraz wypływa z pełnym, debiutanckim albumem „Fickle”. Szczerze oświadczę, że czekałem na ten album od lat! Judyta dla mnie jest polską Samarą Joy i z pełną konsekwencją powiem, że jest to obecnie najlepsza polska, jazzowa wokalistka!
Album nagrała w dwa dni co podczas odsłuchu wydaje się jakimś szaleństwem bo jest on tak dopracowany, że śmiało można szukać równie zjawiskowego, a trudno będzie. Judytę wspierają tutaj muzycy, z którymi gra od jakiegoś czasu, a wspólnie tworzą Judyta Pisarczyk Quartet: Franciszek Raczkowski (fortepian), Alan Wykpisz (kontrabas) i Grzegorz Pałka (perkusja). Nagrali osiem utworów, z czego 6 jest kompozycjami liderki, a dwa to interpretacje „Round Midnight” (Thelonious Monk / Mike Ferro) oraz „Invitation” (Bronisław Kaper / Paul Francis Webster). Teksty tylko w dwóch pozycjach są Dominiki Rusinowskiej, a resztę autorskich kompozycji owinęła słownie także Judyta. Album jest spójny i ozłocony pięknym, klasycznym jazzem z solówkami, energetyczną sekcją rytmiczną, gęstym basem, ale najwspanialsze w tym wszystkim jest to, że zaśpiewany został w tak perfekcyjnie autentyczny sposób, że dla mnie to jest już wymiar światowy w pełnym znaczeniu tych słów. Scaty, frazowanie, zabawa emocjami i natężeniem. Przy tym czuć jakby wokalnie nie włożono w to żadnego wysiłku. Jakby płynął strumykiem pomiędzy instrumentami.
Zacznę od mojego faworyta czyli utworu „Transience”, który swoją lekkością wszystko wypełnia powietrzem. Zaraz za wokalem na całym albumie, a zwłaszcza tutaj urzekają mnie fortepianowe ścieżki Franciszka Raczkowskiego. Znany nam dobrze artysta mający własny dorobek jest tutaj odkryciem, gdyż tak jak podnosi wartość jazzu tych kompozycji to ja jeszcze go nie słyszałem, a albumów z jego udziałem już trochę znamy. Utwór „Invitation” z kolei pokazuje cały przekrój wokalnych możliwości Pisarczyk, która zdaje się być stworzona do tak trudnych, ambitnych harmonii. Od delikatnych melodii, po luźne wokalizy i mocne skaty udowadnia, że nie ma sobie równych i w pełni zasługuje na największe sceny i owacje. To też jest niesamowite, że świeżość tego albumu zostanie przeniesiona do ludzi, na koncerty, gdzie jestem przekonany będzie jeszcze więcej do odkrycia. Bardzo ciekaw jestem jak na żywo zabrzmi „Confession”, do którego nie da się nie tańczyć, a „Revival” powinno być bisowane kilkakrotnie bo usłyszeć je raz to zdecydowanie za mało.
Perełką na albumie jest kończący „Round midnight” wykonany w formie a’capella. Subtelne, wręcz intymnie, a z jakimże pokładem emocji i kunsztu. Dbałość o dźwięki. Zabawa w pauzy. Podróż przez skalę. Nad tym wszystkim jeszcze barwa tak pięknie kontrolowana. I jedyne do czego tutaj mogę się przyczepić to to, że nie ma ani jednej pozycji po polsku. Sądzę, że to moje marzenie się jeszcze spełni bo gdy Judyta Pisarczyk postanowi nagrać materiał w całości po polsku, to jestem pewny, że będzie to projekt totalny i ponadczasowy, o którym Polska Muzyka pamiętać będzie przez pokolenia. Póki co zachwycać się należy „Fickle” bo tak wielkiego jazzowego albumu nagranego przez polskich artystów to nie było od lat. Gdyby Judyta pochodziła ze Stanów to nominacja do Grammy byłaby tylko formalnością. Coś pięknego! Wyjątkowego!


