„Nic nie trzeba”… warto chcieć! To jest chyba najpiękniejsze przesłanie płynące wprost z drugiego albumu Martyny Sabak, który parę tygodni temu zagościł w muzycznej przestrzeni. Wraca ona zatem po trzech latach od debiutanckiego „Byłam jestem będę”, którym to zaskarbiła sobie niejedno ucho. Czy drugi album powtarza sukces i zaskoczenie tego pierwszego? Chyba nie do końca, ale przecież nie o to chodzi aby prześcigać samego siebie tylko pokazać swoje emocje, historie, przemyślenia i tutaj Martyna wygrywa spośród innych artystów.
Piosenki pisze sama zarówno tekstowo jak i muzycznie. Tutaj tak jak na poprzednim albumie w kompozycjach wsparł ją aranżer albumu, Adam Jarzmik. Nagrał on także wszystkie ślady fortepianu. W tym miejscu warto przedstawić klimat jaki ten album za sobą niesie i jest to niezła mieszanka. Całość brzmi bardzo soft jazzowo, gdzie nagłe zatrzymania, ciekawe harmonie i zdecydowane jazzowe aranżacje instrumentów powodują, że wartość wzrasta geometrycznie. Jest bardzo dużo ciepłych soulowych naleciałości, które najbardziej odczuć można w głosie Martyny. Fajnym, takim deserowym dodatkiem są fortepianowe plastry i aranżacje dęciaków wskazujące na kolorowe latino. Całość współgra ze sobą w sposób wyważony i spełnia swoją rolę skupiając słuchacza od początku do końca. Odpowiadają za to wspomniany Adam Jarzmik (fortepian), Tymon Trąbczyński (kontrabas), Jakub Łępa (saksofon), Ignacy Wendt (trąbko) oraz Piotr Budniak (perkusja).
Bardzo ważną częścią w odbiorze „Nic nie trzeba” jest relacja z tekstami. Bardzo mnie cieszy, że nie są to trywialne miłosne opowiastki, które wiadomo sprzedają się najszybciej, ale także najszybciej są zapominane. Martyna Sabak jako świadoma tekściarka podeszła do pisania piosenek w sposób bardzo rzeczywisty i codzienny. Są to opowieści o tym co nas dotyczy każdego dnia. Przebodźcowanie, niepewność, przyjaźń, akceptacja i to co mnie poruszyło najbardziej, wiara w siebie pomimo niedoskonałości. Tak oto w utworze „Ze sobą” mogłem naprawdę spotkać siebie i to uważam jest realnie wartościowe w tym albumie. Nie jest on spieszny ani nadto rozrywkowy. Rzekłbym nawet, że pomimo wielu kręcących mięśnie aranżacji jest on jednak bardziej ukierunkowany na słuchanie i odkrywanie sekretnych pomieszczeń w nim zawartych… aczkolwiek zarówno „Paplanie” jak i „Można gadać” skutecznie wzbudza taneczny dryg.
Wydawać by się mogło, że jest to po prostu miły, sympatyczny album wrażliwej wokalistki, ale jest jedna piosenka, która znacząco podnosi wartość wydawnictwa, „Lego”. Już sam tytuł sprawił, że poczułem się zaintrygowany, ale oczekiwanie zostało przerodzone w spektakularne fajerwerki. Ballad nigdy dość i każdy wykonawca ma w swoim dorobku tę jedną, która idzie za nim przez wszystkie albumy. „Lego” w moim odczuciu idzie o krok dalej. Jest to jedna z najpiękniej zaśpiewanych piosenek jakie słyszałem w swoim życiu. Odważne? Ale to prawda. Gdy usłyszałem ten utwór po raz pierwszy to nie byłem w stanie uwierzyć, że on istnieje. Wydaje mi się, że zapętlony leciał przez godzinę, ale sądzę, że mogło to trwać dłużej. Ten utwór jest jak gąbką nasiąknięta emocjami, które są tak intensywne i nieskończone, że ma się wrażenie, że należy do odbiorcy. Cieszę się, że mamy takie czasy gdy łatwo dotrzeć do twórcy bo zapytałem Martynę na jednym z social mediów jak to się stało, że ten utwór jest tak ogromny. Odpisała, że usiadła do pianina i po prostu go zaśpiewała, a realizator to ukradkiem nagrał. Stąd też są dwie wersje tego utworu. Bardzo solowy: wokal i pianino oraz bardziej rozbudowany: z dodaną sekcją muzyków i chórków. Mnie bardziej dotyka ten subtelny, minimalistyczny bo czuję, że Martyna Sabak jest tam najbardziej otwarta i bezbronna w swoim przekazie. Tam też warto zdać sobie sprawę, że nie jest tylko wokalistką. Martyna Sabak jest Artystką, która pięknie koloruje swoimi emocjami.


