W 2023 roku swoim debiutem zaintrygowała nas Irka Zapolska. Udowodniła, że eksperymentalny, ekstremalnie ekspresyjny polski jazz istnieje i jest bardzo dobry. Po dwóch latach od „Perception of preception” wydała w listopadzie 2025 roku drugi album, „The song of a jubjub”. Nagrania powstały w trakcie improwizacji, w której to poza Irką Zapolską udział wzięli Franciszek Raczkowski (piano), Bartosz Szablowski (perkusja) oraz Filip Arasimowicz (kontrabas, jedyny łącznik z poprzednim wydawnictwem). Wspólnie jako Irka Zapolska Quartet prezentują siedem utworów, które tak jak trzy lata temu są sztuką dźwięków, słów i tego pomiędzy, co daje mu wyraz bardziej performancu niż możliwie skategoryzowanego jazzu. Niemniej jest to tworzywo z muzyki stworzone. 


Trzy utwory są tekstowo przygotowane przez liderkę, a pozostałe pochodzą z „The hunting of a smark” pióra Lewisa Carolla. Nie ma jednak co skupiać się głównie na tekstach, gdyż dużo więcej treści wypływa z tego jak kwartet adaptuje przestrzeń swoimi rozwiązaniami. Nie ma tu prostych definicji. Całość jak na improwizację przystało jest bardzo płynna, a w charakterze nieoczywista i niemierzalna. Nie chciałbym aby zabrzmiało to źle, jednak najbardziej pasuje mi tutaj określenie niestabilna. Nie w sensie negatywnym. Bardziej jak spacer po moście linowym, którym chciałoby się przedostać na drugi brzeg, a pod spodem wcale nie jest tak strasznie i nie czuć dyskomfortu. Trzeba natomiast uzbroić się w cierpliwość bo co rusz następują turbulencje i aby pójść dalej trzeba się zatrzymać i utrzymać równowagę. 

Słychać, że Irka Zapolska Quartet to twór skupiony na wizji bardzo radykalnej i jakże osobliwej. Album nie jest ani lekki, ani prosty. Najwięcej „porządku” przynosi klawisz, a wokal wcale nie odgrywa tutaj roli werbalnej melodii. Jest jednym z instrumentów, który równie mocno daje się ponieść chwili i niekiedy szorstko przecina wskazany przez instrumenty kierunek. Powiedzieć o tym albumie, że jest osobliwy to jakby powiedzieć, że woda składa się tylko z wodoru. Czwórka muzyków zmaterializowała chwilę między sobą i aby to poczuć trzeba się nieco wykazać. Czasami mam tylko wrażenie, że ten album jest tak bardzo skierowany na samorealizację, że boję się iż może zostać niezrozumiany i tylko dla autorów spełniony w interpretacji.

Szczerze przyznam, że często chwytałem za ten album aby go dobrze przesłuchać, ale nieczęsto udawało mi się w całości go przeżyć. Wiele razu czułem się lekko przebodźcowany i tak jak zdarza mi się wrócić do „Perception of preception”, tak „The song of a jubjub” jest raczej takim intensywnym, jednorazowym spotkaniem. Jest to jednak tylko moje odczucie, które równie dobrze może być podyktowane niewystarczająco przygotowaną chwilą na spotkanie z tym albumem. Może trzeba go najpierw właśnie spotkać, za jakiś czas zrozumieć, a dopiero później jeszcze raz się w nim odnaleźć. Zobaczymy. Ja póki co mogę śmiało powiedzieć, że było to bardzo interesujące. Liczę, że inni odnajdą w nim sporo wspólnych zależności. 

Ocena płyty: