Koncert Olivii Dean w berlińskiej Uber Arena miał w sobie coś paradoksalnego: był jednocześnie ogromny i bardzo intymny. To nie był występ zbudowany na spektakularnych efektach wizualnych czy stadionowej przesadzie. Olivia wyszła na scenę z energią artystki, która wie, że jej największą siłą są emocje, głos i umiejętność stworzenia poczucia bliskości nawet w hali mieszczącej kilkanaście tysięcy osób.

Już przed koncertem było czuć, że publiczność przyszła nie tylko „zobaczyć viralową wokalistkę”, ale naprawdę przeżyć ten wieczór. W tłumie mieszały się grupy znajomych, pary i fani, którzy śledzą ją jeszcze od czasów pierwszych EPek. Atmosfera bardziej przypominała wielkie spotkanie fanów pop-soulu niż klasyczny popowy koncert arenowy. Gdy światła zgasły, arena wybuchła ogromnym aplauzem, ale zamiast mocnego otwarcia z beat dropem pojawiło się spokojne intro „The Art of Loving”. I właśnie to ustawiło ton całego wieczoru.

Olivia zaczęła bardzo pewnie. „Nice to Each Other” i „Lady Lady” od razu pokazały, jak dobrze brzmi na żywo jej zespół – miękkie basy, żywe perkusje, subtelne partie klawiszy i dużo przestrzeni dla wokalu. Jej głos w hali brzmiał zaskakująco ciepło. Nie próbowała śpiewać „większym” głosem pod arenę; raczej utrzymywała tę samą naturalność, którą słychać na płytach. To działało świetnie, bo publiczność automatycznie się wyciszała i skupiała na detalach.

Pierwszy naprawdę wielki moment przyszedł przy „Messy”. Wtedy Uber Arena zamieniła się we wspólny chór. To był ten rodzaj reakcji, kiedy artystka praktycznie przestaje śpiewać refren, bo robi to za nią cała hala. Olivia wyglądała na autentycznie wzruszoną i kilka razy uśmiechała się w stronę zespołu, jakby sama nie mogła uwierzyć, że jej piosenki wywołują już takie reakcje w tak dużych przestrzeniach.

W środku koncertu tempo wyraźnie zwolniło. Olivia przeszła na mniejszą scenę B-stage ustawioną bliżej środka hali i tam wydarzyła się najpiękniejsza część wieczoru. „Loud”, „A Couple Minutes” i szczególnie „The Hardest Part” zabrzmiały niemal jak występ klubowy. Publiczność nagle ucichła. Słychać było pojedyncze okrzyki, ale dominowało skupienie. W takich momentach najlepiej widać, dlaczego Olivia Dean robi dziś tak dużą karierę – ona nie opiera koncertów na perfekcji technicznej czy choreografii, tylko na autentyczności. Potrafi sprawić, że kilka tysięcy ludzi czuje się, jakby siedziało z nią w jednym pokoju.

Duże wrażenie zrobiło też „Ladies Room”. Na żywo utwór ma dużo więcej energii niż w wersji studyjnej – bardziej funkowy groove, mocniejszą sekcję rytmiczną i wyraźnie większą swobodę wokalną. Olivia bardzo często tańczyła, improwizowała i żartowała z publicznością między numerami. Nie było w tym wyreżyserowanego luzu; raczej naturalność osoby, która naprawdę dobrze czuje się na scenie.

Ciekawym momentem był cover „Move On Up” Curtisa Mayfielda. To właśnie wtedy koncert najmocniej skręcił w stronę klasycznego soulu. Zespół rozciągnął aranżację, publiczność klaskała do rytmu, a sama Olivia wyglądała, jakby ten fragment sprawiał jej największą frajdę. Było w tym coś bardzo oldschoolowego – bardziej koncert żywego zespołu niż współczesne pop-show.

Finał był świetnie rozpisany dramaturgicznie. „Dive” podniosło temperaturę sali jeszcze raz, ale prawdziwe zamknięcie wieczoru przyniosło „Man I Need”. Olivia zaśpiewała je bez przesadnego patosu, praktycznie oddając emocje samej piosence. Gdy zeszła ze sceny, publiczność jeszcze długo skandowała jej imię.

Najciekawsze w całym koncercie było jednak coś innego: poczucie, że ogląda się artystkę dokładnie w momencie przejścia z „bardzo obiecującej” do naprawdę dużej gwiazdy. Jeszcze niedawno Olivia Dean grała w dużo mniejszych salach. Wczoraj w Uber Arena wyglądała już jak ktoś, kto spokojnie może zostać jedną z najważniejszych brytyjskich artystek soulowo-popowych tej dekady – ale nadal zachował emocjonalną bliskość i lekkość, które przyciągnęły do niej ludzi na początku kariery.