Ostatnimi tygodniami ukazało się wiele cennych premier, albumów, które z pewnością narobią niemałego zamieszania w jazzie. Jest jednak jeden album, który dla mnie ma dużo większą wartość bo czekałem na niego z wyjątkową niecierpliwością. Pod koniec marca 2024 roku fonograficznie zadebiutowała Sara Alden zdobywając ogromne zainteresowanie jazzowych gigantów. W rodzimej Szwecji zdobyła największe nagrody i jakże należyty rozgłos. Rozpoczęła wkrótce potem pracę nad drugą płytą, która to już od początku wzbudzała większe emocje, gdyż przebić sukces tak znakomitej premiery to wyczyn dość dramatyczny. Koniec końców okazuje się, że wcale nie. Wystarczy być autentyczną, szczerą i pewną siebie artystką. Taka właśnie jest Sara Alden.
Tak jak poprzednio przy „There is no future” tak i teraz prace i nagrania na „Force of nature” Sara dzieliła z dwoma scalonymi z nią muzykami. Kontrabasista Daniel Andersson Runevad oraz pianista August Björn są wszak współtwórcami sukcesu najlepszego jazzowego albumu Szwecji 2025. Najnowszy, wydany 10 kwietnia to dziesięć utworów z czego dwa są niejako intro: jedno instrumentalne („The seed”), drugie z wokalizami („In the end”). Pozostałe utwory są charakterystyczne dla Alden, ale znacząco rozbudowane i jeszcze odważniejsze niż wtedy. To właśnie dwa lata temu najbardziej zafascynowała nas wokalna, artystyczna odwaga sprawiając, że kobiecy jazz zyskał nowej świeżości. Kompozycyjnie jest dużo więcej rozbudowań, niekoniecznie dosadnych rozwiązań i stanowczo dużo więcej dojrzałości. Wielkie brawa za w pełni autorski materiał, gdzie artystka odpowiedzialna jest w 7 kompozycjach zarówno za muzykę i tekst, a w dwóch współdzieli tę rolę z pozostałą dwójką swoich muzyków. „The seed” jako instrumentalne intro należy do Björna. Pełnia satysfakcji i ogrom gratulacji za te utwory.
Na „Force of nature” usłyszeć można także gości. Dobrze znany szwedzki puzonista Nils Landgren rozgrywa swoje partie w jakże szeroko zaaranżowanym instrumentalnie „Lean on me”. Mamy tutaj także sentymentalny, wokalny duet w „Unlearn” zaśpiewany z urodzoną w Wielkiej Brytanii, a wychowaną w Kanadzie Michelle Willis (jej „Just one voice” z 2022 roku nie przestaje wybrzmiewać po dziś dzień). W „The rain” pojawił się szwedzki saksofonista Hannes Bennich dosadnie ubogacając to wydawnictwo. Najbardziej zaskakuje mnie jednak to, że wszyscy ci goście nie są dla mnie tak bardzo istotni. Nie żebym miał jakieś zarzuty. Chodzi o to, że Sara Alden jest tak przejmująca i skupiająca uwagę swoim pełnym uczuć głosem, a jej utwory są tak ciekawe, że po prostu ciężko je jeszcze bardziej dopieścić udziałem gości. Wykonali oni oczywiście znakomitą robotę, są jak najbardziej zasłużeni i wszystko działa w punkt, ale gdyby ich nie było to ten album nadal byłby tak doskonały jakim jest.
Mnie natomiast najbardziej cieszą ukryte niespodzianki. Niektóre wcale nie są takie małe bo oto na przykład w „Lean on me” nagle wchodzą mocne partie smyczkowe, a trzeba zaznaczyć, że na tym albumie bardzo dużo na kontrabasie jest gry smyczkiem co mnie śmiało ekscytuje. W tymże utworze muzycy pokusili się także o nieco chórków co jeszcze bardziej podkręca kulminację. „The rain” jest z kolei podzielone na tyle emocjonalnych fragmentów, że gdy wydaje mi się że to już koniec to nagle zaskakuje i znów szybkim zwrotem zmienia swój poziom nasycenia. Wspomniany duet wokalny z Willis ma w sobie piękno klasycznych harmonii gdzie warto zwrócić uwagę na idealną wręcz synchronizację nie tylko wokalną ale także natężenia emocji. „This tree once used to bloom (for Palestine)” to przejmująca historia rezonująca w słuchaczu na długo, a „Come” galopem łączy dźwięki, tekst i charyzmę wokalną, która swoją indywidualnością sprawia, że właśnie za to tak bardzo podziwiam i szanuję tę artystkę. Warto także skupić się na muzycznej podróży jaką uskuteczniają wytłumione piano i smyczkowy kontrabas w „Hands full of love”. Jak widać sporo się tutaj dzieje, choć nie jest to przytłaczający sobą album. Najlepiej słucha się go bowiem w spokoju, na słuchawkach i dając się całkowicie oderwać od zewnętrzności. Ten album jest wyjątkowy.
Przejmująco szczery. Wypływający z wnętrza. Spektakularnie przemyślany w przekazie. Zaśpiewany w sposób jaki tylko Sara Alden potrafi, gdyż dźwięki są jakby tuż przed nią. Obawiałem się, że na jej drugim albumie dostanę albo za mało by się zachwycić, albo za dużo by to udźwignąć. „Force to nature” jest spójne z debiutem, ale ewoluowało artystycznie w sposób należyty, nienachalny, spełniający. Takich albumów nam trzeba. Takich albumów trzeba w muzycznym świecie, by kolejny raz przypomnieć, że największą słusznością w tworzeniu jest wykorzystywanie przekonania o racji swoich wartości, pragnień i przeżyć. Ten album nie ma kompromisów. On się zdarzył by zachwycać. Sara zachwyca. Znowu.


