Lubiana przez słuchaczy brytyjska grupa GoGo Penguin zagra niebawem trzykrotnie w naszym kraju. Koncerty są częścią trasy promującej ostatni, siódmy już album tria zatytułowany „Necessary Fictions”. I to właśnie o nim opowiedział mi w dużej mierze basista grupy, Nick Blacka.

Poprzednim razem, gdy rozmawialiśmy, byliście tuż po wydaniu „Everything Is Going to Be OK”. Wówczas opowiadaliście o napięciu, w jakim powstawała tamta płyta i okresie pandemii z nim związanym. Natomiast wydany w ubiegłym roku „Necessary Fictions” jest już znacznie bogatszy i wyszukany. Co spowodowało, że postanowiliście pójść w tym kierunku?
Tak jak powiedziałeś – „Everything Is Going to Be OK” wydaliśmy w bardzo dziwnym czasie, ponieważ wyszliśmy z pandemii COVID-19. Nastąpiła duża zmiana w składzie zespołu, bo dołączył do nas Jon Scott, a w moim własnym życiu doświadczyłem sporo tragedii. Odeszli ludzie z mojego otoczenia… Tak więc tamten album był trochę inny, bardziej przejściowy. A w przypadku „Necessary Fictions” poczuliśmy, że wracamy do biznesu w pełni. Jesteśmy w lepszym miejscu. Ja i Chris (Illingworth, pianista zespołu – przyp. MM) obraliśmy dużo lepszy sposób pracy razem, który okazał się bardziej solidny, niż to, co było wcześniej. Było bardzo kolaboratywnie. Zdecydowaliśmy się, że chcemy, żeby ten album był czasami trochę bardziej agresywny, trochę bardziej elektroniczny, ale jednocześnie bardziej różnorodny. Nie chcieliśmy się martwić zbytnio o nadmiar dużo wpływów z zewnętrz, albo tym, czego ludzie mogą oczekiwać względem naszej muzyki i po prostu grać to, co nam się podoba.
Dwie główne zmiany, jakie zaszły, to dodanie partii smyczkowych, które nagrała grupa Manchester Collective, a druga, to wokale w dwóch utworach. Czyje to były pomysły?
Zacznijmy od Daudiego Matsiko. Mieliśmy już napisany niemalże w całości utwór „Forgive The Damages” i od początku myśleliśmy, że potrzebuje on czegoś innego. Normalnie my nie myślimy o tym, ale – jak mówiłem – zaczęliśmy kombinować, że może powinniśmy włączyć jakieś nagrania terenowe, albo spoken words. Uznaliśmy, że jakiś rodzaj elementu wokalnego naprawdę wzbogaciłby ten konkretny kawałek. Próbowaliśmy kilku rzeczy jako eksperyment. Wzięliśmy na przykład spoken word Alana Wattsa i wrzuciliśmy to na przód utworu, żeby zobaczyć, jak w ogóle brzmi w nim głos. I to nie był właściwy głos, ale pomyśleliśmy, że to może zadziałać z innym. Po jakimś czasie zdecydowaliśmy się zaprosić Doudiego. Znamy się od dziesięciu lat. Towarzyszył nam na trasie po raz pierwszy w 2016 roku i zawsze rozmawialiśmy o tym, że może zrobimy coś razem, ale nigdy do tego nie doszło. Zadzwoniliśmy więc do niego i zapytaliśmy, czy były zainteresowany, bo akurat jesteśmy w studio. A on niespodziewanie napisał, że za parę dni ląduje w Manchesterze! Pojechałem po niego na lotnisko, zaprosiłem do domu, wypiliśmy kilka piw w moim ogródku, bo to było latem i przedstawiłem mu koncept nie tylko utworu, ale i całej płyty. Daudi zapalił się do tego pomysłu, napisał kilka tekstów, które po prostu zadziałały dobrze i okazały się bardzo naturalne. Nie czuło się tego, że próbowali zmienić zrobić to na siłę, co jest bardzo istotne. Natomiast jeśli chodzi o partie smyczkowe, to w przypadku „Luminous Giants” zaprosiliśmy Rakhi Singh, która zagrała tutaj solo na wiolonczeli. To już był mój pomysł, by się pojawiła. Uznałem, że smyki pomogą tej kompozycji. Rakhi przyszła do studia, zaimprowizowała parę rzeczy, a potem zaproponowała także udział Manchester Collective. I znów stało się to zupełnie naturalnie.
Wydaje mi się, że wokal i tekst Daudiego sprawił, że „Forgive The Damages” zyskał wymiar jeszcze bardziej osobistego utworu.
O, zdecydowanie. To właśnie unikalność muzyki instrumentalnej. Często jest z nią związana jakaś emocja, którą mamy w siebie, ale trudniej jest przekazać ją tylko w tytule
Słuchając tego albumu, zacząłem się zastanawiać, czy lepiej określić go cechami wizualnymi, czy fizycznymi. Wydaje mi się, że ten album ma swój ton, własną wibrację oraz jest w jakiś sposób transowy. Na przykład utwór „The Turn Within” brzmi jak Kraftwerk z powodu tego beatu, który się w nim pojawia. Ta płyta ma jakiś ‘puls’ i coś nieprzewidywalnego w sobie.
Myślę podobnie. I miło, że tak to odbierasz. W naszej muzyce często jest dużo emocji – może to być napięcie, radość, a jednocześnie jest w tych utworach jakaś melancholia. Każdy może reagować na nią w inny sposób. Po koncertach ludzie mówią albo piszą do nas, że np. „Hopopono” – jeden z naszych najstarszych utworów…
I jednocześnie jeden z najbardziej popularnych.
Tak… Mówią, że to była ich piosenka weselna albo że zagrana została na pogrzebie przyjaciela. Zaczyna to nabierać bardzo uniwersalnego aspektu na różnych poziomach i dotyka ludzi w różny sposób.
Jednej cechy wasza muzyka jednak przez lata nie straciła – filmowości. Za każdym razem mam wrażenie, że słucham ścieżki dźwiękowej do filmu, o którego istnieniu nie mam pojęcia.
(śmiech). Wiem, co masz na myśli. To zresztą cecha muzyki instrumentalnej i tego, co w nas porusza lub nie. „Necessary Fictions” pierwotnie było jeszcze dłuższe, ale zdecydowaliśmy się ją skrócić nie tylko ze względów logistycznych, bo dzięki temu materiał wszedł na jeden winyl, ale także po to, by nie znużyć słuchaczy i by był on odpowiednio wyważony. Materiał, który nam został wydajemy teraz w osobnej formie.
Czy oprócz udziału Rakhi, Manchester Collective i głosu Daudiego, pokusiliście się jeszcze o jakieś eksperymenty przy okazji tworzenia „Necessary Fictions”?
Na pewno szerzej zaczęliśmy wykorzystywać brzmienia syntezatorów. Musieliśmy się jednak trochę hamować – nie możemy nagrywać płyt, których nie będziemy w stanie zagrać na żywo (śmiech). Chris i ja mamy na scenie syntezatory. Jon polega tylko na bębnach, ale ma ich dużo i wykorzystuje ich brzmienie na więcej sposobów, niż tzw. tradycyjny perkusista. Dodaje koleje kolory do palety naszych barw.
Wspomniałeś, że materiał, który nagraliście na płytę, a który się na niej nie znalazł, wydajecie teraz osobno. Kiedy usłyszałem „Kai Dao”, myślałem, że ktoś shakował wasze kanały streamingowe.
(wybuch śmiechu) „Kai Dao” jest właśnie przykładem takich eksperymentów i takim utworem, jakiego byś się nie spodziewał po GoGo Penguin. Chris pracował nad tym, gdy byliśmy już w studio. Zagrał to w całości na Moogu. To na pewno jedyny utwór w naszym dorobku pozbawiony tej melancholii, o której mówiliśmy (śmiech). Z kolei „Call To The Void” wziął się z mojej linii basowej. Grałem na gitarze basowej i Chris zapytał co to. Szybko ją zapisałem. Ten pomysł sięga jeszcze czasów „Everything Is Going to Be OK”.I terazwykopaliśmy go przy okazji pisania „Necessary Fictions”. Ma zupełnie inny charakter – bardziej rockowy. Słuchamy dużo indie rocka, więc naturalnie to na nas wpłynęło.
Za kilka dni zagracie w Polsce – w Gdańsku, Wrocławiu i Warszawie. Wiem, że nie koncertujecie z kwartetem smyczkowym. Jak zatem rozwiązaliście brak tych brzmień na żywo?
Nie gramy„State Of Flux”, który bez smyków się nie obejdzie. Możemy spróbować z „Luminous Giants”, który jest dość podchwytliwy bez udziału Rakhi.
Na koniec chciałem Cię zapytać o budynek z okładki „Necessary Fictions”
To część Uniwersytetu w Manchesterze, która została zbudowana w latach 50. Nosi nazwę Toast Rack i znajduje się bardzo blisko mojego domu. Codziennie mijam ten budynek. Jest opuszczony, nic się z nim nie dzieje. Zrobiłem jego zdjęcie, a Chris obrobił je na okładkę płyty. Miło mieć coś z rodzinnego miasta na okładce płyty. Można go też zobaczyć także w teledysku do pierwszego singla z płyty „Fallowfield Loops”.


