Długo nie było płyty z polską piosenką, która byłaby inspirowana dziedzictwem dawnych czasów, kiedy to największą wagę przykuwano do „duszy” ubranej w muzykę i słowa. Grażyna Łobaszewska, Halina Frąckowiak, Ewa Bem, Łucja Prus… dorobek tych artystek przychodzi mi do głowy gdy sięgam po najnowszy album Beaty Przybytek. Tyle czasu czekałem właśnie na taką płytę. „Ja tu tylko śpiewam” nie jest tylko o śpiewaniu. Jest to tak bogaty, ciekawy, zaskakujący, wciągający i szlachetny album, że jak dla mnie to jedna z najlepszych płyt od wielu, wielu, wielu lat. Oczywiście po drodze powstawały bardzo dobre projekty innych polskich wokalistek, ale to Beata Przybytek wzbiła się ponad wszystkie. Dlaczego? O rety, od czego tu zacząć?


Po pierwsze i na pierwszym miejscu to wokal. Uwielbiam gdy ktoś śpiewa zarówno wiedząc o czym, wkładając w to odpowiednią ilość emocji, jak i dbałość o techniczne detale. Wibratto tyle ile potrzeba, intensywność koloratur w stopniu zachwycającym i modulowanie barwą w zależności od poziomu emocji na poziomie mistrzowskim. Zgadza się tu wszystko! Beata Przybytek jest tak znakomitą wokalistką, że umie zrobić abym usłyszał w jej głosie trochę Kayah, Anny Serafińskiej, Magdy Steczkowskiej, Anny Marii Jopek i Doroty Miśkiewicz. Najlepsze jest to, że są to tylko takie lekkie migawki podczas słuchania bo w całości i tak jest to autentyczna, doskonała Beata Przybytek. Po drugie, wokal tak pięknie ukazuje swoje walory bo artystka jest także autorką wszystkich kompozycji. Tak, muzyka i wokal należą do tej samej wrażliwości co dopełnia całości. Dodamy do tego fakt, że piosenki są dużo dłuższe i bardziej skomplikowane niż współczesne „wytyczne” za co wielkie brawa.

Po trzecie, teksty. Tutaj trzeba zatrzymać się na dłużej. Będąc już trochę zmęczonym prostymi piosenkami gdzie rymy są aż boląco przewidywalne, a metafory tak proste, że praktycznie podane na tacy dostajemy w „Ja tu tylko śpiewam” coś niebywałego. Historie i emocje są uniwersalne, wręcz codzienne, ale ułożone w takie stosy słów, że ja oszalałem. W końcu dostałem album pełen ciekawych zwrotów, zaskakujących rymów i co najważniejsze są to opowieści od początku do końca ambitnie i rzetelnie przemyślane w swoim przekazie. Szczerze i dosadnie przyznaję, że ostatnio tak pięknie napisane piosenki to słyszałem dawno, dawno temu. Jest to tak piękny prezent dla języka polskiego, że marzy mi się, aby zainspirował wielu do pisania właśnie w tym stylu. Przy lekkości przekazu ukryto tu bardzo dużo zakamarków, gdzie można pofantazjować i odebrać wiele składni po swojemu. Zarówno  „…w marzeń być areszcie…”, „…za dnia wszystko jest kłamliwe jak pereł imitacje…”, „…zapomnij mnie jak chcesz bo nie zależy mi…” i moje ulubione „…ale nadzieja synoptyk głupi lato nam wieszczy, gdy zima…” powodują, że mam dreszcze nie tylko od muzyki i wokalu, ale także od tekstów. Ogromne i nieustające owacje dla Andrzeja Poniedzielskiego, Jana Wołka, Grzegorza Wąsowskiego, Urszuli Bożałkińskiej, Dariusza Duszy i Wojciecha Brylskiego. Bohaterowie!

Po czwarte, muzycy. Tomasz Kałwak (produkcja, aranżacja, edycja, programowanie, instr. klawiszowe, fortepian, Hammond), Bogusław Kaczmar (fortepian, instr. klawiszowe), Damian Kurasz (gitary, ukulele), Adam Kowalewski (kontrabas, gitara basowa), Tomasz Machański (perkusja) oraz gościnnie Paulinho Garcia (gitara), Marek Podkowa (saksofon tenorowy) i Paweł Tomaszewski (Hammond) sprawili, że „Ja tu tylko śpiewam” jako jedna tkanina ma przepiękne ornamenty i wzory. Niezwykłym jest, że przy zachowaniu jazzowej atmosfery płyta ta jest tak przyjemnie rozrywkowa, że w moim przekonaniu mogłaby zgarnąć wszystkie nagrody w dziale jazz, pop, blues, muzyka poetycka i szeregu innych. Swoją drogą z całą mocą trzymam kciuki, aby tak się właśnie stało. Powinno. Muzycznie jest bogato, w punkt, solidnie, kolorowo, interesująco i w całości akustycznie! Wszystkie instrumenty istnieją, żyją i współpracują. Solo saksofonu w „Czas powrotu” jest z kolei wisienką na tym muzycznym torcie!

Ja tu tylko śpiewam” ma naprawdę wszystko. Zjawiskowy emocjonalnie i technicznie wokal. Teksty, które należy oprawiać w ramki i cenić za ich piękno. Produkcje muzyczne i wykonania, które sprawiają, że przyjemność zyskuje jeszcze piękniejszego wymiaru. Ten album jest spełnieniem marzeń o polskiej piosence, która będzie mądra, lekka, ambitna i zaśpiewana w sposób, który przez lata będzie prowadzić i zachwycać. Beata Przybytek to klasa najwyżej próby. Od pierwszego, lekko bujającego „Moje spoko”, poprzez soulowe „Prognoza pogody”, oldscholowe „Jazzdemona”, latynoskie i jak dla mnie najcudowniejsze z albumu „Całuj mnie, całuj!”, dramatyczne „Trzy zamiany” i kończące całość tak delikatne, akustyczne „Pamiętaj mnie jak chcesz” nie da się przesłuchać tylko raz. Jeśli polska muzyka jest ogromną łąką, na której rosną kolorowe kwiaty zachwycające barwami i aromatami, to ten album jest jednym z drzew, które swoimi korzeniami łączy je wszystkie. Takie albumy zdarzają się niezwykle rzadko, więc celebrujmy, że „Ja tu tylko śpiewamBeaty Przybytek zdarzyło się tutaj i teraz.  

Ocena płyty: