Wyczekiwany album „Wdech” grupy Bibobit, to nie tylko fuzja jazzu, funku, elektroniki i hip-hopu z mocnym przekazem, ale przede wszystkim niesamowita energia, znana z koncertów zespołu. Podobna energia rozpierała podczas poniższej rozmowy frontmana grupy, Daniela Moszczyńskiego, który nie tylko szeroko opowiedział mi o genezie powstawania płyty, ale także o tym, jak widzi dalszą drogę artystyczną Bibobit.
Od wydania „Co to za czas” i „Wdechu” minęły 4 lata. Co działo się w Bibobit w tym czasie?
Działo się naprawdę sporo. Nasze życie kręciło się wokół koncertów autorskich oraz tej odsłony z płyty „Co to za czas” czyli Bibobit/Osiecka. Gościliśmy w Filharmoniach oraz teatrach. Byliśmy częścią festiwali, dzieliliśmy sceny z Natalią Grosiak, Jankiem Młynarskim, Fismollem, Rosalie oraz Stanisławem Soyką. Cieszymy się że zdążyliśmy, że było nam to dane. Oczywiście sporo siedzieliśmy też w studiu nagrań. Dużą rolę w pracy nad płytą wywarł nasz realizator dźwięku Łukasz „Kaczy” Kaczmarek. To z nim przesiedzieliśmy hektogodziny. Dzięki niemu też wiele rzeczy nabierało wymarzonego brzmienia. Naprawdę szukaliśmy ‘Świętego Graala’ (śmiech). Wyrywaliśmy z naszych kalendarzy czas na wspólną pracę i jeździliśmy na campy. Improwizowaliśmy, jamowaliśmy, szukaliśmy nowego kierunku dla naszej muzyki. Sporo byliśmy w podróży. Aż przyszedł czas na „Wdech”
Z czego więc wziął się album „Wdech”?
Z potrzeby – każdy szuka jakieś formy wypowiedzi. Mój sposób to chwycenie za instrument i słowo. Szukam tam siebie. Staram się definiować mój świat. Moje prawdy. Odkrywać co jest pod i jeszcze głębiej i głębiej. Przeszukuję swoją ciemną stronę księżyca… Mam taką potrzebę… Muszę kopać i odkrywać kolejne pytania. Mam potrzebę prowadzenia wewnętrznego dialogu, który manifestuje na dźwiękach Bibobitu. Lubię też trochę się tam wyżyć. Z emocji – grzebie w nich i spisuję. To one prowadzą mnie w różne nastroje. Poddaję się im. Obserwuję i na bazie tych uczuć tworzę i piszę. Oraz z inspiracji – już od jakiegoś czasu odkrywam w sobie wielki pociąg do natury. Kultura jest fascynująca, ale natura wygrywa. Lubię długie wędrówki po górach. Tam znajduję spokój. A kiedy wszystko zwalnia, masz szansę na złapanie kontaktu z samym sobą. To jest to, co mnie odpala i daje mnóstwo inspiracji. Powietrze, bezkresny horyzont, napawanie się nimi. Wtedy bierzesz właśnie ten głęboki tytułowy ‘wdech’ i czujesz jak chłonięcie natury uruchamia wszystkie twoje życiowe procesy, ale na turbo obrotach. Wchodzisz głębiej w myśli, a te stają się jaśniejsze! Wchodzisz na meta poziom! Odczuwasz mocniej wszystkimi zmysłami i łatwiej Ci nagle wyjaśnić różne emocje. Jak to wszystko sobie tak klarujesz, możesz wreszcie lepiej działać! Dlatego nazwaliśmy te płytę „Wdech”! Dlatego też zrobiliśmy przy okazji tej płyty kilka live sesji właśnie ‘na powietrzu’ w różnych plenerach – aby ten oddech – wdech – chciało się wziąć głębiej, przenosząc się z nami do natury w jej różnych odsłonach. Poza tym inspiracją do „Wdechu” były spotkania z ludźmi – szczególnie z tym najbliższymi. Oni dają mi podobną moc jak góry. W tych relacjach, które mogą dawać Ci niesamowity lot, ale też potrafią rozczarować, można się przejrzeć i zrewidować.
A muzycznie coś szczególnie Was zainspirowało tym razem?
Jesteśmy ludźmi, którzy mają szacunek do tradycji, ale lubimy eksperymentować z tym, co nowe, świeże i kuszące. Nie boimy się eksperymentować i robić zwroty przez rufę. Mam kilka ulubionych nurtów. Szczególnie takich, gdzie nowoczesny jazz zderza się z rapem i wpływami R&B, neo-soulu, czy funku. Lubię też muzykę instrumentalną osadzoną w tej stylistyce. Żona podrzuca mi też często wspaniałych artystów. Wielokrotnie okazywało się, że zostali z nami i mamy ich dyskografię na czarnych plackach i jeździliśmy na ich koncerty. Bardzo lubię odpalić sobie takich twórców jak: Christian Scott, Yussef Dayes, Alfa Mist, Robert Glasper, Jordan Rakei
Rozumiem, że te inspiracje przeniosłeś nie tylko do „Wdechu”, ale także w jakimś stopniu na pozostałych członków zespołu?
My staramy się nic sobie nie narzucać. Nawet jeśli ktoś jest głównym ojcem pomysłu, to i tak oddaje pole drugiemu muzykowi w obszarze, w którym ten się specjalizuje i czuje się najlepiej. Podpowiadamy sobie nawzajem, sugerujemy pewne patenty, ale ostateczna decyzja zawsze wypływa z człowieka, który ma zostawić tu część siebie. Tak rozumiem grę w zespole. Myślę że wolność i możliwość swobodnej wypowiedzi powoduje, że chcesz być w tym składzie. Bibobit ma to niejako w statucie (śmiech)
Czyim pomysłem było zaproszenie Kuby Badacha do dwóch utworów?
Z Kubą znamy się już ładnych parę lat. Dzieliliśmy sceny festiwalowe i mam wrażenie, że polubiliśmy się nie tylko muzycznie. Czułem, że to prędzej czy później się wydarzy. Ale wierzyłem, że to powinno być naturalne, niewymuszone i w swoim czasie – tym właściwym. Nagrywanie wspólnych numerów jest swojego rodzaju deklaracją punktu widzenia. Sam też bardzo ostrożnie podchodzę do współprac. Nie to, że ich nie chcę, ale mam jeden warunek: muszę być do tego przekonany w 100%. Zero wątpliwości, tylko pewność, że chcę tej przygody. Wracając do Kuby – to, że coś razem pokombinujemy przyklepaliśmy na pierwszej edycji festiwalu Jazz Around. Szukaliśmy utworu nieoczywistego. Trochę z innej bajki, niż ta, w której Kuba kręci się na co dzień. Wysłałem propozycję i siadło. Czułem ekscytację oraz ciekawość, jak on to zrobi. W końcu to jeden z najlepszych wokalistów w Polsce. Potem szukaliśmy miejsca i czasu na nagrywarkę. Zdalnie się nie udawało. Dlatego spotkaliśmy się w Poznaniu w Studiu Splendor i Sława u Marcina ‘Młodego’ Górnego, który zrealizował to nagranie. To była szybka akcja! Kuba jest czuły na wizję artystyczną i jest otwarty na sugestie. Zrobił to świetnie, a jako bonus dograł się jeszcze do naszego „Wilka”. Potem gdy jeszcze udało nam się złapać po raz drugi – gdzieś w hotelu na nagranie obrazka do tego utworu. Poczułem, że mamy to w pełni! Zresztą Kuba po obejrzeniu nagrania, napisał, że oglądał je już kilka razy, a nie tylko pierwszy i ostatni, i że się jara, więc jest duża satysfakcja po obu stronach! Bardzo się cieszę z połączenia tych sił! Dzięki Kuba!!!
Jest zatem pełnoprawnym współautorem tych utworów?
W przypadku współprac zawsze dajemy pełną wolność zaproszonym artystom. Taką też zaproponowaliśmy Kubie w przypadku zafunkcjonowania w „Sile słów”. Natomiast tekst i melodia, którą zaproponowałem w jeszcze nieoficjalnej wersji refrenu, spodobała mu się na tyle, że chciał ją zostawić i zinterpretować po swojemu. Nadał swój niepowtarzalny sznyt, ale szkielet pozostał jak w pierwowzorze. Podobnie było też „Wilkiem”.
Jesteście jedną z nielicznych ekip w Polsce, grającą z zabarwieniem funkowym. Obok P.Unity, Klawo, Poluzjantów, czy Afromental, pozostajecie w pewnej niszy. Jak myślisz, z czego to wynika?
Hmm … To chyba bardziej zadanie dla dziennikarza, aby dotrzeć do tego, dlaczego w społeczeństwie są takie, a nie inne trendy. My nie kalkulujemy, czy nasze utwory będą dla mas, czy dla niszy. Wierzę wciąż w moc sztuki i wizji, która poszerza horyzonty, a nie tylko w tworzenie na potrzeby dostosowania się do gustów, aby szybciej zarobić na tym pieniądze. Choć to też jest pewnego rodzaju umiejętność! Gdyby wszyscy tworzyli tylko w odpowiedzi na gusta słuchaczy, bylibyśmy bardzo ograniczeni jako społeczeństwo. Według mnie zadaniem artysty jest poszerzanie horyzontów społeczności. Przecież jeździmy po świecie, aby odkrywać nowe rzeczy, smakować zupełnie innej kuchni, doświadczać tego, czego nie ma w najbliższym otoczeniu, bo potrzebujemy zmian! Jak człowiek wraca z takiej podróży, czuje się odmieniony, nakarmiony, bogatszy. W moim odczuciu ze sztuką powinno być podobnie. Powinna dawać coś nowego – otwierać umysł, uwrażliwiać, wzruszać i mieszać ‘w wodzie’ bo inaczej wszystko pokryje się szlamem, a na obiad każdy będzie jeść pangę z Mekongu… Ja mam apetyt na coś więcej! Zresztą żyje nadzieją, że nie brakuje takich, którzy mają podobnie. Dlatego funk w naszym przypadku to tylko jedna ze składowych. Jazz, elektronika, elementy neosoulu i muzyki hip hop, też działają u nas w symbiozie.
Jak widzisz zatem waszą dalszą drogę artystyczną? Jako konglomerat tych gatunków, które już eksplorujecie, czy też przez dodanie czegoś nowego?
Jeśli w procesie kreacji chodzą nam dreszcze po ciele i czujemy ekscytację, to znaczy, że to jest dobry kurs. Scena jest potem znakomitym miejscem do eksploracji i sprawdzania, jak to działa na żywy organizm. Teraz wprowadziliśmy do setlisty numer, którego nie ma na „Wdechu” i szukamy dla niego najlepszej możliwej formy. Do końca roku będzie jeszcze sporo miejsc, w których będziemy koncertować, a spotkanie z publicznością, to najlepsza okoliczność, aby doświadczać i sprawdzać. Zbierasz dane z emocji, które kumulują się i wychodzą z człowieka. Raczej nie zabraknie nam odwagi do przekraczania kolejnych gatunkowych bram i robienia fuzji z pozornie nieprzystających do siebie stylistyk. Wciąż nam się chce poszukiwać i iść w nowe. Jest to jedna z cech Bibobitu. Ale… Ciekawe jak to się potoczy. Nie chcę nic zakładać.


