Kathia to jedna z najbardziej intrygujących artystek młodego pokolenia na polskiej scenie alternatywnej. Jej muzyka wymyka się prostym klasyfikacjom – balansuje między subtelną intymnością a szeroką, niemal filmową przestrzenią brzmieniową. W swoich piosenkach potrafi zderzyć delikatność z siłą, melancholię z oczyszczeniem, a codzienność z poetyckim niedopowiedzeniem. Niedawno ukończyła pracę nad swoim drugim albumem „Nie chcę być tu sama”, na którym – jak sama mówi – pozwoliła swoim emocjom wybrzmieć bez filtrów, otwierając się jednocześnie na współtworzenie z bliskimi.
Rozmawiamy o procesie twórczym, emocjach, które stają się punktem wyjścia dla każdej jej piosenki, o współpracy z Melą Koteluk i o tym, dlaczego dziś najważniejsze jest dla niej autentyczne poruszenie słuchacza.
Twoje utwory często łączą intymność z dużą przestrzenią brzmieniową – jak wygląda Twój proces tworzenia? Zaczynasz od słów, melodii czy nastroju?
Chyba zawsze na początku musi pojawić się emocja, a więc w gruncie rzeczy nastrój. Najłatwiej przychodzi mi praca z tymi ciemniejszymi emocjami, bo one szybko domagają się wyrazu. Później siadam do pianina albo gitary i od razu tworzę podstawową melodię, która bardzo naturalnie łączy się ze słowem.
W jaki sposób osobiste doświadczenia wpływają na Twoją muzykę? Czy zdarza Ci się cenzurować własne emocje w tekstach?
Bazuję na osobistych doświadczeniach, kiedy piszę swoją muzykę. Czy się cenzuruję? Wydaje mi się, że raczej nie. Choć muszę przyznać, że kiedyś miałam piosenkę, której nigdy nie wypuściłam, w której podałam dokładny numer rejestracyjny i markę samochodu osoby, o której pisałam. To chyba pokazuje, że zazwyczaj się nie filtruję. Ale to są szczegóły. Nigdy nie cenzuruję tego co czuję.
Twoja muzyka balansuje między alternatywą a popem – czy czujesz się bardziej wrażliwą songwriterką, czy producentką brzmień?
A dlaczego nie mogę być obiema tymi rzeczami? Jestem i tym, i tym. Jestem i wrażliwą songwriterką, i producentką brzmień. Jakbym zamykała się w jednym albo w drugim, to byłabym spięta w jakieś ramy, w których ciężko byłoby się wydostać i w których ciężko byłoby w ogóle coś tworzyć. Najbardziej jednak wyzwalający jest dla mnie proces pisania tekstów i melodii.
Jakie emocje chciałabyś, żeby słuchacz zabrał ze sobą po koncercie lub odsłuchu Twojej płyty?
Chyba najbardziej zależy mi na tym, żeby nastąpiło jakiekolwiek poruszenie emocjonalne. Nieważne, czy będzie to radość, oczyszczenie czy smutek – ważne, żeby coś w słuchaczu drgnęło. Nie chciałabym pozostać obojętna ani nijaka.
Jakie nowe kierunki muzyczne chcesz eksplorować w najbliższym czasie?
To jest trochę tak, że tego się nie da zaplanować. A nawet jeśli próbuję coś zaplanować, to zwykle nie wychodzi. Dlatego staram się nie narzucać sobie żadnego gatunku ani sztywnych ram, tylko bawić się tym, co akurat gra we mnie w danym momencie.
Czy planujesz eksperymentować z językiem – np. nagrać więcej utworów po angielsku, czy raczej zostajesz przy polskim?
Język polski w tekstach jest mi bardzo bliski. I szczerze mówiąc nie wyobrażam sobie teraz pisać po angielsku. Moim zdaniem polska muzyka lepiej trafia do polskiego słuchacza i ja jestem w stanie też jako osoba, która posługuje się swoim pierwszym językiem wyrazić się w tym pierwszym języku bardziej dosadnie i szczerze. Uważam, że za językiem angielskim kryje się dużo rzeczy, na które można przymknąć oko, bo po prostu ładnie brzmią.
Nad czym teraz pracujesz i czy możemy spodziewać się wkrótce większego wydawnictwa (album, EP)?
Skończyłam już jakiś czas temu pracę nad moim drugim albumem pod tytułem „Nie chcę być tu sama” i jestem z niego bardzo dumna. Tworzyliśmy go wspólnie z moim bratem i moimi przyjaciółmi. Tekstowo i muzycznie nadal jest to moja działka, ale cieszę się, że dopuściłam do siebie większą grupę osób. I mam nadzieję, że ta płyta też poruszy emocjonalnie ludzi.
Gdzie widzisz siebie za kilka lat – raczej na dużych festiwalach, czy wciąż w bardziej kameralnej, intymnej formule?
Zawsze stresowały mnie pytania o to, gdzie widzę siebie za kilka lat, bo mam wrażenie, że to nakłada pewną presję, by jak najlepiej wykorzystać swój czas. A ja chciałabym po prostu być spokojna i szczęśliwa, korzystać z tego, że moja praca jest dla mnie błogosławieństwem i spełnieniem marzeń. Niezależnie od tego, czy będą to małe festiwale, czy wielkie sceny – chcę czerpać z tego radość. Chcę nadal pisać piosenki, grać dla ludzi, bawić się tym.
Masz za sobą ciekawe kooperacje – czy jest ktoś, z kim współpraca była dla Ciebie szczególnie transformująca?
Myślę, że bardzo ważną współpracą była dla mnie ta z Melą Koteluk. Niesamowicie współpracowało się z osobą, która na tym rynku jest już bardzo długo i która ma niesamowicie wyjątkowy bagaż doświadczeń w branży muzycznej. Pięknie było czerpać od niej wiedzę, jakieś rady od koleżanki, którą bardzo cenię, która wie o wiele więcej o tym świecie niż ja.
Z kim marzysz o kolaboracji, niezależnie od gatunku czy kraju?
Moim marzeniem kolaboracyjnym była Mela Koteluk, więc skoro to marzenie już się spełniło, teraz wypada znaleźć nowe. Jestem wielką fanką Katarzyny Nosowskiej, jej tekstów, głosu, osobowości. To by było naprawdę duże marzenie do zrealizowania.
Czy łatwo jest Ci oddać część swojej muzycznej przestrzeni drugiej osobie podczas współpracy?
Na pewno nie jest mi łatwo oddawać stery w studio podczas tworzenia – często wolę produkować sama. Jednak zauważam, że kiedy wpuszczam do siebie osoby takie jak mój brat Wojciech Półrolniczak, przyjaciel Artur Chołoniewski czy Piotr Kołodyński, moje numery zaczynają oddychać i nabierają nowego koloru. Zauważyłam też, że proces tworzenia z przyjaciółmi jest naprawdę pięknym procesem pełnym śmiechu i dumy z samych siebie.
Jakie inspiracje muzyczne najbardziej Cię obecnie napędzają – artyści, filmy, książki, a może zupełnie coś spoza sztuki?
Ostatnio nie mam ani inspiracji muzycznych, ani filmowych. Jakoś chyba przestałam patrzeć na artystów. Przy tworzeniu Skupiłam się na emocjach i na wydarzeniach z mojego życia. Pogrzebałam trochę w starych przeżyciach, rozdrapałam trochę ran, trochę smutku. Jest bardzo dużo osób na polskiej scenie muzycznej, które bardzo cenię. Ale przy tej drugiej płycie nieświadomie odcięłam się od porównywania się do innych. Przy pierwszej płycie mam wrażenie, że zerkałam troszkę na ten polski rynek i na to, jaka mogę być. A teraz mam wrażenie, że po prostu muzyka się ze mnie jakoś wylała. Sama z siebie.
Gdyby Twoja muzyka była obrazem lub filmem – jak by wyglądała?
Myślę, że dobrym zobrazowaniem tego, czym jest dla mnie ta płyta, jest sama jej okładka – głowa pod wodą. Ale w takim spokojnym wyrazie. Zanurzenie, które nie jest dramatyczne ani gwałtowne, tylko pełne spokoju.
Masz jakieś rytuały przed wejściem na scenę?
Tak, mam rytuały. Zawsze z zespołem tańczymy do naszej playlisty koncertowej, żeby się rozgrzać. Z Wojtkiem, moim bratem, trochę sobie poskaczemy, robimy nasz okrzyk i klepiemy się mocno po ramionach tak, że zostają czerwone odciski. To są rzeczy, które naprawdę mi pomagają.
Co daje Ci największą satysfakcję – moment tworzenia w studio czy reakcja ludzi na koncertach?
Bardzo trudno mi je porównać, bo oba momenty są dla mnie wyjątkowe. Tworzenie piosenek w studiu jest niesamowite, wręcz magiczne, ma w sobie jakąś specyfikę, która nie jest ludzka. Z drugiej strony patrzenie, jak ludzie śpiewają moje piosenki, daje mi euforię i zdumienie za każdym razem. Nie potrafię wybrać, co jest dla mnie ważniejsze – oba te doświadczenia są naprawdę wyjątkowe.


