Wyobraźmy sobie taką sytuację.

Słuchasz jazzu co najmniej od kilkunastu lat, byłeś na setkach, jeśli nie tysiącach koncertów (bo chodzenie na nie jest dla Ciebie drugim etatem), siadasz w pierwszym rzędzie w Klubie Studio, nieco zblazowany z poczuciem, że widziałeś już niemal wszystko. Siedzisz dokładnie na samym środku tego rzędu, więc jak pojawia się na scenie John McLaughlin to masz go w zasadzie na wyciągnięcie ręki i niemal nawiązujesz z nim kontakt wzrokowy. Wciąż pozostajesz niedowiarkiem.

I nagle, kiedy zaczynają grać „Here Come the Jiis” coś w Tobie pęka i przypominasz sobie za co kochasz tę muzykę. Jest gęsto, jest tłusto, jest przebojowo, jest funkowa ściana dźwięku w najlepszym tych słów znaczeniu. Bujasz się i kiwasz na tym stołeczku, nie zważając na towarzystwo eleganckich, bardzo poważnych panów, siedzących obok Ciebie i spoglądających na sceniczne show w pełnym skupieniu, z niemal kamiennym obliczem.

Ale to nie ma znaczenia, bo Ty jeden wiesz, jak bardzo jest to wszystko błyskotliwe, energiczne, pełne werwy, wigoru i miłości do muzyki. Słyszysz i obserwujesz szaleństwa na basie jakich dokonuje Etienne Mbappe, słuchasz pełnej tempermentu gry na perkusji Ranjita Barot, który również śpiewa i wykonuje konnakol – hinduski rytmiczny scatting, przeżywasz skradającą serce grę na klawiszach Gary’ego Husbanda.

I wreszcie jest też on. Lider.

Nikt na świecie nie gra na gitarze jak John McLaughlin. Momentami wydaje się jakby dźwięki z instrumentu wyszarpywał, wtedy brzmią ostro, agresywnie, precyzyjnie, niemal przytłaczają swoją intensywnością, tworząc gęstą powłokę dźwięku. Nie brzmi to jak jazz. W innych momentach gra z dużym wyczuciem harmonii, opierając melodie na wschodnich skalach i jakby się rozmarza. Wtedy już bardziej jak jazz, ale wciąż oryginalny i jedyny w swoim rodzaju.

Grali utwory z płyt Johna, nagrania Mahavishnu Orchestra („Lila’s Dance” i niesamowite „You Know You Know” na koniec), wspaniałe interpretacje utworów zmarłego niedawno Pharoaha Sandersa („The Creator has a master plan”, „Light at the Edge of the World”), a także numery dedykowane Paco de Lucii czy Denisowi Chambersowi.

Podsumowujesz więc koncert nieco wyświechtanym frazesem: jest McLaughlin, jest impreza. Trochę banał, ale coś można więcej powiedzieć. Był czad, było świetne brzmienie i nagłośnienie, znakomite improwizacje i zabawa muzyką. Znacznie więcej niż, czego możesz oczekiwać w poniedziałkowy wieczór.