Niedawno powróciłem do słuchania pewnego nowego koncertowego albumu. Powróciłem, bo odkładam je na później, gdyż ostatnimi czasy czuję się zrażony do płyt koncertowych. Dlaczego? A dlatego, że coraz częściej są one tak bardzo podrasowane, wyczyszczone i dograne w studio, że tracą swoją autentyczność jako format live. Szybko jednak zrobiłem rachunek sumienia, gdyż album „Holy Room: live at Alte Oper with Frankfurt Big Band” będący dopełnieniem „Petite Afrique” z 2017 roku jest dobitnym świadectwem mocy i prawdy jaką nosi w sobie Somi

Jest to jej drugi album z zapisem koncertu w karierze.

Pierwszy, „Live at jazz standard” pochodzi z 2011 i jak sam tytuł wskazuje zawiera covery jazzowych klasyków. Jak dobrze, że ten drugi to odbicie jej autorskiego materiału. Nie jest wszak łatwo podzielić się energią z koncertu. Często jest to efekt chwili, miejsca i jakże znacząca jest rola publiczności. Pewnie dlatego też wiele „gwiazd” doskonali zarejestrowany materiał niejednokrotnie dogrywając wokale jeszcze raz w studio. Oczywiście, nie wińmy tych, którzy czują, że mając cięższy dzień i niedyspozycje wokalną nie mogli się wywiązać z zaplanowanego projektu. Ale przecież to właśnie wykony na żywo charakteryzują i definiują artystę. Uwielbiam koncerty Dionne Warwick. Wszystkie. Niekiedy słuchać, że nie była do końca w formie, ale zawsze dawała z siebie wszystko i nawet małe niedociągnięcia umiała zakryć emocjami i zmysłowymi interpretacjami. W przypadku Somi emocji jest tyle ile wody w oceanie. Tak, ona sama w sobie jest jedną wielką emocją. Wystarczy posłuchać „Two Dollar Day”. Zresztą cały album „Petite Afrique” jest prowodyrem tych emocji opowiadając historie emigrantów z czarnego ładu, którzy niejednokrotnie nie umieją się odnaleźć w amerykańskiej rzeczywistości. 

Utwory pełne żalu, gniewu, bólu ale i nadziei brzmią tu jeszcze dosadniej niż w studio. Artystka pozwala sobie na dużo więcej ozdobników, zawodzeń, wirtuozerii. Pozwala także na bardziej obszerne solo instrumentów. Akcja wzmaga się z każdym kolejnym utworem nierzadko mając formę muzycznego spektaklu. Wzbogacenie Big Bandem z Frankfurtu wnosi dodatkowo więcej improwizacyjnego jazzu. Zarówno dęciaki, jak i klasyczna gitara, ale także gitara elektryczna oraz perkusja mają tu duże pole wypowiedzi. Całość owinięta jest gęstym basem i niezwykłym wokalem Somi. To właśnie Ona powoduje, że jest tu tak magicznie. Ogromne inspiracje kulturą afrykańską wybrzmiewają zarówno w technice jak i barwie głosu. Uwielbiam jak bawi się rejestrami, oddechem i jak genialnie oscyluje między wokalizami, interpretacją i kunsztem wokalnym. Cenię w niej nie tylko zagorzałą miłość do korzeni i intrygujący wokal, ale także duszę, którą odkrywa przed słuchaczami w każdej piosence. 

Ankara Sundays”, jeden z moich ulubionych brzmi tutaj jeszcze pełniej i dobitniej w porównaniu z wersją studyjną. Największą wartość mają przecież nie produkcje i aranżacje ale przesłanie, które muzyka ma ze sobą wnosić. Sfera tekstowa to jedno, ale instrumentaliści to drugie. Na tym zapisie live wszystko współgra i uzupełnia się wzajemnie. Nie jest to łatwy album. Utwory trwają czasem po 11 minut, ale absolutnie nie czuję, aby się dłużyły. Solo fortepianu, gitary czy perkusji mają tyle samo do powiedzenia co sama artystka. „The gentry” zaskakuje mnie kilkuminutowym intro kontrabasu zanim cały band z energią rozedrga publiczność ewidentnie zachwyconą tak jak ja, z kolei „Ingele” oszałamia wariacją na gitarze. „Alien” z repertuaru Stinga z jakże wymownym „I’m an alien, I’m illigal alien, I’m an African in New York” pokazuje, jak duży wpływ ma na nią przeszłość, teraźniejszość i przyszłość afrykańskiej społeczności na emigracji. 


Kompozycje i teksty zawarte na tym koncertowym albumie są totalną osobliwością i według mnie zasługują na odrębne wiwaty. Sam koncert nagrany jest w sposób rzetelny, uczciwy i dopieszczony, dlatego cieszy mnie, że nie było ciśnienia, aby go mocno podrasować w studio. Słychać, że nie zjawiskowe efekty realizatora, a moment na scenie odgrywa tu główną rolę. Cieszy mnie, że Somi podzieliła się ze światem tym, co emanuje z niej na scenie, bo uświadamia mnie w przekonaniu, że ma jeszcze więcej siły, piękna i determinacji niż myślałem. „Holy room”, mój ulubiony utwór jaki słyszałem na przełomie lat i wielu innych płyt brzmi tu tak, że znów mam dreszcze. Dla mnie ten album to ambitne dzieło dojrzałej, świadomej i inspirującej Artystki. 

Ocena płyty: